Sycylia – zdobywamy Etnę na piechotę!

Pamiętacie naszą pierwszą próbę zdobycia Etny? Było to podczas trasy z Anglii, kiedy przeprowadzaliśmy się na Maltę. Dla tych, którzy nie śledzili naszej podróży, link tutaj >> Z UK na Maltę – przystanek 4: Włochy, Sycylia i Etna. W skrócie powiem tylko, że warunki atmosferyczne nie pozwoliły nam wdrapać się tak wysoko, jakbyśmy chcieli.

Pisałam wtedy o Etnie: Mitologia głosi, że najstraszniejszy z gigantów, syn Gai – Tyfon, został pokonany przez Zeusa i przygnieciony Sycylią. Ilekroć próbuje on wydostać się, sycylijska ziemia drży, a przez krater Etny bucha ogień z paszczy potwora. Ogień ten wykorzystuje Hefajstos w swojej kuźni, gdzie z pomocą cyklopów wykuwa pioruny dla Zeusa…

Pisałam też: Etno, przybędziemy! No i przybyliśmy.

Tym razem pogoda zapowiadała się idealna. Nie za zimno, nie za gorąco… choć wiedziałam, że na szczycie będzie wiało jak diabli!

Oczywiście, nie myliłam się – na głowie porobiły się niemalże dredy, ale do tego jeszcze wrócę… 🙂


Samochodem wyruszyliśmy w kierunku Rifugio Sapienza (1909 m n.p.m). To wysokość, do której można dojechać własnym środkiem transportu. Znajduje się tam parking, z którego można ruszyć dalej: pieszo lub kolejką linową + jeepem.

W oddali majaczyła już ONA.

Opcja tzw. „wygodna” to kolejka linowa do wysokości 2500 m n.p.m. (koszt 30 EUR), a dalej jeep – do wysokości około 2900 m n.p.m. (koszt 24 EUR). Do tego dochodzi obowiązkowe opłacenie przewodnika, no i całość ostatecznie kosztuje 63 EUR.

Szczyt wulkanu wznosi się na wysokość 3350 m n.p.m. Oczywiście, na taką wysokość wspiąć się nie można, dlatego mrzonki o zaglądaniu do krateru należy włożyć między bajki. Realna do osiągnięcia (i dozwolona) jest wysokość około 2900 m.

My zdecydowaliśmy się na wyprawę pieszo. I nawet nie chodzi o finanse (choć nie ukrywam, że opcja wydania 63 EUR/ osobę niezbyt nam się podobała), jednak uznaliśmy, że sam spacer może być niezwykle ciekawy. I był, oj był!

Początkowo szło się przyjemnie. Lekko wznosząca się ku górze, wyjeżdżona, wydeptana i udeptana ścieżka, którą przeszły zapewne miliony stóp.

Tuż obok kolejka linowa, a z wagoników spoglądały na nas jak na wariatów zdziwione twarze.

Czytaliśmy, że nie poleca się pieszego spaceru, że trasa jest wyjątkowo ciężka i niebezpieczna, że wicher sypie piaskiem w twarz, a grunt jest tak grząski, że obsuwające się do tyłu stopy same się zakopują. Gotowi byliśmy na te niedogodności, a ciekawość była z każdym krokiem silniejsza.

Oczywiście, z każdym pokonanym odcinkiem robiło się coraz bardziej stromo, ale wciąż trasa była przyjemna. Robiło się też coraz bardziej wietrznie (to już było mniej przyjemne), a wiatr – jak na złość – wiał nam prosto w twarz.
W oddali majaczyło juz schronisko, co oznaczało, że pierwszy etap trasy dobiega końca.

Schronisko, a raczej lokalny sklepik, znajduje się na wysokości 2500 m n.p.m. Można tam kupić pamiątki, coś do picia (zwłaszcza „na rozgrzewkę”). Oczywiście, pamiątki sobie odpuściliśmy, bo przecież nie będziemy targać ich na górę, skoro schodzi się tą samą drogą. Czegoś „na rozgrzewkę” jednak nie odmówiliśmy 🙂

Tutaj kończy swój bieg kolejka liniowa, a osoby, które zdecydowały się na podwózkę, przesiadają się do jeepów. Uparci piechurzy, jak my i jeszcze kilka osób, wędrują calej coraz bardziej grząską ścieżką.

Tak, zabawa zaczyna się dopiero teraz. Wiatr wiał niemiłosiernie, a historie o piasku tak grząskim, że stopy się zapadają, okazały się prawdziwe. Pokonywaliśmy odcinki żółwim tempem, ponieważ wyglądało to mniej więcej tak, jakbyśmy robili dwa kroki do przodu i krok do tyłu – i nie był to efekt działania „czegoś na rozgrzewkę”, lecz najzwyczajniej osuwania się naszych stóp wraz z piaskiem. W oddali majaczył szczyt…

Punkt końcowy naszej trasy raczej nas… rozczarował. Sam szczyt był lepiej widoczny z oddali (a może po prostu sprawiał bardziej tajemnicze wrażenie…) niż z najwyższej wysokości, na jaką udało się nam dostać i na jaką można było się dostać. Na szczycie była mała budka, przy której smażone były kiełbaski… stało kilka jeepów, z których wysiadali turyści… i to tyle. O, był jeszcze znak, że tuż obok można zapuścić żurawia do wygasłego krateru. Gdzieniegdzie leżał śnieg.

Było zimno. Serio. Pospacerowaliśmy trochę dookoła, a raczej pokręciliśmy się bez celu, by nie zejść tak od razu 🙂 Wykonaliśmy kilka fotek, choć wyglądałam na nich wyjątkowo źle…

Czerwone od wiatru policzki, rozwiany włos – tak, co chwilę wypominałam sobie, że nie zabrałam ze sobą gumki do włosów. Od razu uprzedzam ewentualne pytania – rozczesywania splątanych włosów było na co najmniej godzinę, a gdybym została tam kilka godzin dłużej, z pewnością wyszłyby z tego dredy 🙂 Michał stał już w pogotowiu z maszynką do golenia 🙂

W dół schodziło się jeszcze gorzej, ponieważ wyglądało to momentami jak jazda na snowboardzie po piasku. Czasami trzeba było schodzić bokiem, by nie grzmotnąć na pupę.

Towarzyszyły nam tabuny piachu, ale to nic. Schodząc z góry nie patrzyliśmy się już na szczyt pytając się nawzajem: daleko jeszcze? Patrzyliśmy w dół, a tam widoki były wręcz nieziemskie. Majaczące w oddali szczyty gór owiane lekką mgiełką wyglądały jak malowane.

Do tego wygasłe kratery… I powolutku zachodzące słońce dające tę bajeczną poświatę… To było tak niesamowite, że moglibyśmy tak schodzić i schodzić… pomimo, że kolana chciały już nam się wyginać w drugą stronę. Wiedzieliśmy, że nasze napięte łydki i pośladki będą dawały o sobie znać przez najbliższe dni. I tak było 🙂

No dobra, małe podsumowanie. Czy było warto pokonywać tę trasę pieszo? Oczywiście, że tak! Gdybyśmy mieli stanąć przed wyborem po raz drugi, wiedząc dokładnie, jak to wygląda – zdecydowalibyśmy tak samo. To nie była zwykła góra do pokonania. To było zupełnie inne doświadczenie. To nie strome podejście po twardej jak skała ścieżce, to walka z piaskiem, wiatrem, miałkim podłożem i własną niemocą, kiedy zamiast iść do góry obsuwasz się w dół. To jednocześnie kolejne wyzwanie, które nie wymaga jakichś wybitnych alpejskich umiejętności, tylko odrobiny samozaparcia. To samozaparcie zostanie wynagrodzone może nie widokami na samym szczycie, ale po drodze. Na szczyt można dojechać kolejką i jeepem, ale to, co przeżyliśmy po drodze, było najciekawsze i najpiękniejsze.

Oczywiście, wybierając się na Etnę, warto sprawdzić pogodę, ponieważ bardzo różni się ona od tego, co było na dole. No i nie muszę dodawać, że wygodne obuwie to podstawa 🙂

Na Etnę pewnie już nie wrócimy, lecz na Sycylię – owszem. Pozostało nam do zwiedzenia wiele miejsc. Tymczasem… czas wracać do hotelu. Kolejnego dnia mieliśmy już lot na Maltę.

I tak zakończyła się nasza włoska przygoda. Pełna perypetii, ale niezapomniana. Malto, wracamy! Czas trochę pomieszkać i… planować kolejną podróż 🙂


Zobacz wszystkie wpisy z serii: Od Mediolanu po Sycylię >>


Sprawdź aktualne noclegi w okolicy Etny. Rezerwując przez moją stronę zapłacisz dokładnie tę samą cenę, a Booking da mi parę groszy na kolejne podróże. Dziękuję 

Booking.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Kierunek: Scilla! Czubek „buta” i niesamowity klimat włoskiego miasteczka.

Scilla urzekła mnie nawet bardziej niż Sorrento. Czy to zasługa 6-głowej Skylli, brukowanych uliczek czy gulaszu z kotła?

Zamknij