... ... Gruzja – podróż z 2-letnim dzieckiem na własną rękę. Co warto zobaczyć? – Podróżować to żyć
24 maja, 2026

Podróżować to żyć

Mój blog o podróżowaniu.

Gruzja – podróż z 2-letnim dzieckiem na własną rękę. Co warto zobaczyć?

Przez 2 tygodnie penetrowaliśmy z 2-letnią Hanią drogi i bezdroża Gruzji. W tym celu wynajęliśmy samochód z namiotem dachowym. Toyota 4x4, której niestraszny off-road, miała nam pomóc odkryć również te mniej dostępne zakątki Gruzji.

Na początku obraliśmy kierunek: Omalo. Trasę podzieliliśmy na kilka etapów, zatrzymując się po drodze na zwiedzanie i noclegi. Chcieliśmy podczas naszej wyprawy pokonać tę najwyższą i ponoć najbardziej spektakularną trasę samochodową w Gruzji. Jako, że druga jest szutrowa i dość wymagająca, ruszyliśmy w jej kierunku na samym początku, by mieć pole manewru jeśli chodzi o czas – w sytuacji, gdyby pogoda okazała się danego dnia zbyt kapryśna. 

A dalej? Mieliśmy plan jechać tam, gdzie nas koła poniosą – w kierunku kanionów, wodospadów, przełęczy. Gruzja ma naprawdę wiele do zaoferowania, a my zamierzaliśmy zobaczyć tyle, ile się da, mając na pokładzie pełną energii 2-latkę.

Od Kutaisi do Gori

Pierwszy etap naszej podróży to trasa z Kutaisi do Gori. Po drodze zrobiliśmy dwa przystanki: najpierw zajrzeliśmy pod ziemię, a potem przenieśliśmy się w czasie parę tysięcy lat wstecz.

Nocleg w Kutaisi: Cosy House w cenie EUR 12 za pokój z łazienką dla naszej trójki.

Jaskinia Navenakhevi

Większość turystów w okolicy pędzi prosto do słynnej Jaskini Prometeusza. My wpadliśmy do mniej znanej, kameralnej Jaskini Navenakhevi – raptem pół godziny drogi od Kutaisi. I szczerze? Było warto, bo zero tłumów i widoki prawie tylko dla nas.

Choć trasa turystyczna ma zaledwie 250 metrów, to znajdziecie tu prawdziwy pokaz natury: stalaktyty (te, co zwisają z sufitu jak skalne sople), stalagmity (te rosnące od podłogi w górę) i stalagnaty (czyli kolumny, gdy jedno spotka się z drugim). Całość tworzy aż cztery sale rozmieszczone na dwóch poziomach.

Bilet kosztuje 12 lari (ok. 16 zł) i zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem. Całość trwa około pół godziny – akurat, żeby zachwycić się widokami, ale nie zdążyć się zmęczyć.

Skalne Miasto Uplisciche

Następny przystanek? Cofnięcie się w czasie o jakieś 2500 lat! Uplisciche to jedno z najstarszych miast Gruzji – swoje złote czasy miało w epoce Jedwabnego Szlaku, kiedy było ważnym centrum handlowym i religijnym.

Całe miasto wykuto w skale. W szczytowym okresie liczyło ponad 700 pomieszczeń (!), dziś zostało około 150 – wciąż robiących ogromne wrażenie. Były tu mieszkania, świątynie, magazyny, teatr, a nawet coś na kształt „głównej ulicy”.

Uplisciche zaczynało jako pogański ośrodek kultu, później pojawiło się tu chrześcijaństwo, a w czasach arabskich najazdów miasto służyło jako twierdza. To miejsce, w którym kolejne epoki i religie nakładały się na siebie, pozostawiając ślady widoczne do dziś.

Spacerując między skalnymi korytarzami można dostrzec ślady codziennego życia: wykute schody, wentylację, rynsztoki odprowadzające wodę. A kiedy staniesz na szczycie i spojrzysz na dolinę rzeki Kury, łatwo zrozumieć, dlaczego to miejsce było tak strategiczne.

Ostatecznie noc spędziliśmy w Gora, by rano rozpocząć kolejny etap naszej podróży…

Nocleg w Gora: Mariana, tym razem droższy, bo w cenie EUR 34 za mieszkanko z prywatnym wejściem.

Od Gori do Alvani, czyli docieramy do bazy wypadowej na Omalo

Poranek w Gori – wiadomo, śniadanie, kawa, obowiązkowy spacer i szybkie zakupy na lokalnym bazarku, gdzie warzywa i zioła pachną jakby właśnie zerwano je z pola, a na sam widok pomidorów cieknie ślinka.

Samo Gori to miejsce z charakterem – z jednej strony twierdza, która od wieków pilnuje miasta, z drugiej muzeum Stalina, czyli historia w wydaniu dość ciężkim. Ale mimo tego wszystkiego miasto ma w sobie lekkość – taki miks Gruzji codziennej i tej wielkiej, historycznej.

Hania dzielnie wdrapała się na górującą nad miastem twierdzę, a po zejściu padła jak długa i zasnęła. My za to, korzystając z jej drzemki, ruszyliśmy w dalszą drogę – to najlepszy sposób na sprawne przemieszczanie się samochodem.

Wieczorem trafiliśmy do baru o wdzięcznej nazwie Super Khinkali – i rzeczywiście, nazwa zobowiązuje. Starsza pani z wprawą godną mistrza sztuki kulinarnej lepiła chinkali, a kawa była tak gęsta, że prawie trzeba ją było jeść łyżką – idealnie pasowała do mgły, w którą zaraz mieliśmy się zanurzyć.

Zasnęliśmy z nadzieją, że rano po mgle nie będzie śladu, a w zamian powitają nas promienie słońca. W końcu staliśmy już u bram drogi, która miała nas zaprowadzić wprost do Omalo…

Nocleg w Alvani: Alvani Inn – przyjemny pokój z prywatną łazienką oraz wspólną kuchnią, jadalnią i ogrodem do dyspozycji. Idealna baza wypadowa na Omal. Cena: EUR 30.

Droga do Omalo

Wstaliśmy wcześnie rano. Ku naszej radości zza chmur zaczęły przebijać się pierwsze promienie słońca. Szybkie śniadanie i ruszamy – przed nami jedna z najbardziej niezwykłych dróg w całej Gruzji.

Tuż za Pshaveli kończy się asfalt i zaczyna szutrowa przygoda. Początkowo droga biegnie łagodnie. Z każdym kilometrem zmienia jednak swój charakter – serpentyny oplatają zbocza niczym wąż, a zakręty odkrywają coraz to nowe oblicza krajobrazu. Po jednej stronie piętrzą się pionowe ściany skał, po drugiej otwierają się nagle głębokie przepaście, w których widać rzekę daleko w dole.

Im wyżej się wspinaliśmy, tym gęstsza stawała się mgła. W końcu otuliła nas zupełnie, jakbyśmy wjechali w inny świat. Już zaczynaliśmy tracić nadzieję na widoki, gdy nagle… po drugiej stronie góry, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło. Z mgły wkroczyliśmy w przestrzeń pełną słońca i błękitu.

Przed nami rozciągała się Przełęcz Abano (2850 m. n.p.m.) – najwyżej położona przejezdna przełęcz w całym Kaukazie, nazywana nie bez powodu „bramą do Tuszetii”. To właśnie ona łączy świat nizin z odciętą przez większą część roku górską krainą. Droga, którą jechaliśmy, powstała dopiero w latach 70. XX wieku – wcześniej do Tuszetii docierało się wyłącznie pieszo lub konno.

Zatrzymaliśmy się przy małej drewnianej budce. Kawa, pachnące drożdżowe ciasto z owocami i uśmiech gospodarzy – prosty, ale idealny przystanek na granicy dwóch światów. Obok pasterze prowadzili swoje stada – ta trasa nie jest tylko turystyczna, to codzienna arteria życia Tuszetii.

Potem ruszyliśmy dalej, a słońce prowadziło nas aż do samego Omalo.

O samej drodze – jej wymaganiach, niespodziankach i dlaczego uchodzi za jedną z najbardziej ekstremalnych tras świata – muszę po prostu stworzyć cały akapit.

Droga do Omalo – jedna z najbardziej ekstremalnych tras świata?

Droga do Omalo, prowadząca przez Przełęcz Abano (2850 m n.p.m.), to jedna z tych tras, które wywołują kontrowersje. Postaramy się tutaj jak najbardziej obiektywnie podejść do tematu. O co chodzi?

Zacznijmy od genezy tej trasy. Droga do Omalo powstała w latach 70. XX wieku, gdy wojsko i władze Gruzińskiej SRR postanowiły połączyć izolowaną Tuszetię z resztą kraju. Wcześniej do regionu można było dotrzeć jedynie pieszo, konno lub – w wyjątkowych sytuacjach – helikopterem.

Budowa była ogromnym wyzwaniem inżynieryjnym, bo teren jest niezwykle stromy, skalisty i narażony na osuwiska. Do budowy wykorzystywano głównie materiały wybuchowe i ciężki sprzęt (koparki, spychacze, kilofy i młoty pneumatyczne). Wiele fragmentów dosłownie wyrąbano w pionowych ścianach skalnych, pozostawiając drogę zawieszoną nad przepaściami. Bywa, że momentami droga jest dość wąska, nie przekracza kilku metrów szerokości. 

Niektóre odcinki trasy to efekt wielokrotnych korekt – droga była zasypywana, obrywała się, wymagała napraw. Do dziś jej utrzymanie polega na ciągłym odkopywaniu spod lawin błotnych i osuwających się kamieni. 

Do dziś pozostaje jedyną drogą do stolicy regionu – Omalo – i jest otwierana tylko sezonowo, zwykle od późnej wiosny do pierwszych opadów śniegu jesienią. Przez resztę roku Tuszetia wciąż pozostaje odcięta, dostępna jedynie pieszo, konno lub śmigłowcem.

Dlaczego ta droga budzi emocje?

Jest to serpentyna, która wspina się licznymi zakrętami, często nad stromymi przepaściami. Nie ma zabezpieczeń, co dla wielu osób może być przerażające. Kilkadziesiąt kilometrów jazdy (niecałe 70km z Pshaveli) potrafi trwać godzinami. Nam droga do Omalo zajęła prawie 5 godzin, z przystankami na zdjęcia oraz kawę i ciasto. Powrót trwał nieco ponad 3 godziny (już bez zdjęć… no prawie bez).

Mówi się, że dojazd do Omalo to połowa sukcesu – trzeba jeszcze wrócić! Nam powrót wydawał się trudniejszy – po pierwsze z górki, po drugie – po nocnym deszczu, z którym spłynęły z gór kamienie.

No i właśnie, dochodzimy chyba do najważniejszego aspektu tej wyprawy – do pogody.

Bywa, że na dole świeci słońce, a chwilę później gęsta mgła ogranicza widoczność do kilku metrów. Zdarzają się ulewne deszcze, które zamieniają odcinki drogi w błoto, a po nich – niespodziewane osuwiska kamieni. Jak już pisaliśmy, po jednej stronie góry towarzyszyła nam (szczególnie w wyższych partiach gór) mgła gęsta jak mleko, a po drugiej stronie powitało nas słońce i błękitne niebo. W drodze powrotnej na trasie znajdowały się ostre kamienie, ściągnięte przez deszcz.

Na trasę należy wyjechać samochodem z wysokim zawieszeniem – terenówka 4×4 zdecydowanie ułatwia sprawę, choć jeszcze ważniejszy jest kierowca. Tu liczy się nie liczba lat za kierownicą, ale (przede wszystkim) opanowanie, a pomaga też doświadczenie w offroadzie. Nawet 30 lat jazdy po mieście nie przygotuje na spotkanie z błotnistą koleiną na ostrym zakręcie czy z ostrym kamieniem pod kołami. Jak już wspomniałam, momentami droga jest dość wąska – na jeden samochód. Ale są „mijanki”. Trzeba patrzeć daleko do przodu, czy coś nie nadjeżdża i zatrzymać się przy takiej mijance. Wspominałam też o mgle, która momentami nieco utrudnia taki manewr.

Czy fakt, że droga do Omalo może wzbudzać strach, oznacza, że trzeba skreślić Tuszetię z planów? Absolutnie nie! Jeśli nie czujesz się na siłach prowadzić, możesz skorzystać z lokalnych transferów organizowanych z wiosek u podnóża trasy, m.in. z Pshaveli czy Alvani. Tam czekają doświadczeni kierowcy, którzy tę trasę pokonują niemal codziennie w sezonie i wiedzą, jak radzić sobie z jej kaprysami.

Warto? Bez dwóch zdań. Widoki, jakie otwierają się z drogi i na samej przełęczy Abano, są naprawdę przepiękne. A Tuszetia, do której ta droga prowadzi, jest krainą surową i magiczną, wciąż niezadeptaną – miejscem, gdzie czas zdaje się zatrzymać. Droga do Omalo to nie tylko przejazd – to przygoda, która zaczyna się w chwili, gdy wjeżdżasz na pierwszy zakręt. To było wyjątkowe doświadczenie i nie żałujemy żadnego przejechanego kilometra.

Omalo – życie na dachu Kaukazu

Omalo to serce górskiego regionu Tuszetia, ukryte na wysokości 1880 m.n.p.m. (Dolne Omalo) i 2080 m.n.p.m. (Górne Omalo). Tam czas płynie inaczej, a codzienność splata się z historią i naturą. Latem wioska ożywa – przyjeżdżają pasterze i rodziny, wracają dzieci na wakacje. Zimą zostaje tu zaledwie garstka mieszkańców, którzy mierzą się z ciszą, śniegiem i odcięciem od świata.

Najstarsza część wioski, Keselo, zachwyca kamiennymi wieżami obronnymi z XVIII wieku. Początkowo było ich trzynaście – dziś dumnie stoi jeszcze sześć, przypominając o dawnych czasach i o tym, jak mieszkańcy potrafili bronić swojego świata. Tuż obok rozciąga się Stare Omalo (Upper Omalo), budowane w XVIII-XIX wieku, gdzie wznoszono pierwsze domy mieszkalne dla rodzin. Nowe, niżej położone osiedle – Lower Omalo, powstało w XX wieku, w formie prostszych domów z metalowymi dachami i balkonami, również tętniących latem życiem.

Codzienność w Omalo jest wymagająca. Nie ma tu wielkich sklepów ani bankomatów, a elektryczność zapewniają panele słoneczne. Dzieci nie mają tu szkoły ani przedszkola – na zimę wraz z rodzinami schodzą do dolin, gdzie życie jest łatwiejsze. Zimą zostaje najwyżej 5-10 osób – zwykle starsi mieszkańcy i pasterze, którzy przywykli do samotności. Zaopatrzenie trzeba zgromadzić wcześniej, bo zimą nie da się zrobić zakupów na miejscu ani też dotrzeć do niżej położonych miast, ponieważ jedyna droga prowadząca przez Przełęcz Abano, zostaje zamknięta. Medycyna również jest ograniczona – działa mały punkt zdrowia, a w nagłych przypadkach z pomocą przybywa helikopter.

W Omalo obecni są również strażnicy Parku Narodowego Tuszeti, którzy latem pomagają w organizacji wycieczek i dbają o bezpieczeństwo turystów, a zimą monitorują dziką przyrodę.

Dla turystów Omalo to brama do magicznego świata Tuszeti. Droga prowadząca tu przez przełęcz Abano jest wymagająca, o czym pisałam już wcześniej. Ale kiedy już się ją pokona, nagrodą są widoki, które zapierają dech, i spotkanie z kulturą, która przetrwała w niezmienionej formie przez stulecia.

Omalo to nie tylko miejsce na mapie – to opowieść o życiu w rytmie gór, o sile tradycji i o ludziach, którzy potrafią czerpać szczęście z prostoty. Latem tętni życiem, zimą zasypia – i właśnie ta niezwykła zmienność sprawia, że kto raz tu przyjedzie, na długo zapamięta tę wioskę na dachu Kaukazu.

Red Mountains – kraina kolorowych wzgórz

W Kachetii, zaledwie kilka godzin jazdy od Tbilisi, znajduje się bardzo fajne miejsce – Red Mountains, nazywane też Rainbow Mountains. To pasmo wzgórz, których zbocza mienią się odcieniami czerwieni, pomarańczy, fioletu i żółci. Kolory zawdzięczają obecności minerałów, głównie żelaza, które przez wieki utleniało się w glebie i skałach.

To idealne miejsce dla osób, które szukają widoków innych niż w klasycznych górskich krajobrazach Gruzji.

Ostatni odcinek drogi to trasa poza asfsltem. Tylko pola i my. W tym miejscu postanowiliśmy spędzić noc. To był idealny wybór – wieczorem i w nocy towarzyszyły nam tylko niczym niezakłócone odgłosy natury.

Na miejscu nie ma żadnej infrastruktury turystycznej – nie znajdziemy tu sklepów ani restauracji, dlatego warto zabrać ze sobą wodę, jedzenie i wszystko, co może się przydać podczas krótkiego trekkingu, a tym bardziej przystanku na noc. Najbliższe miasto to Udabno i jego obrzeża ze sklepami znajdują się w odległości około 20 minut jazdy samochodem.

Diamentowy Most 

Podróżując z 2-latką nie da się przejechać kilkuset kilometrów jednorazowo. Nie da się spędzić kilku godzin w samochodzie bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że zwiedzamy wolniej – i musimy przyznać, że ma to swój urok. Bez pośpiechu, bez gonitwy, za to ze spokojem i czasem na prawdziwe doświadczanie miejsc oraz odkrywanie tego, co spotykamy po drodze.

Jak to wygląda w praktyce? Mamy listę miejsc, które chcemy odwiedzić, a do tego dodajemy atrakcje po drodze, jeśli odcinki między tymi naszymi miejscami do odwiedzenia okazują się zbyt długie. I tak właśnie, będąc na trasie do Wardzia, zahaczyliśmy o Diamentowy Most. 

Most znajduje się nad kanionem Dashbashi (czasem nazywanym także Tsalka Canyon).

Parametry techniczne:
– długość mostu: 240 metrów;
– wysokość nad dnem kanionu: ok. 280 metrów;
– konstrukcja: stal i szkło, część podłogi jest szklana, co daje efekt „chodzenia nad przepaścią”.  

W centralnej części mostu znajduje się restauracja w kształcie diamentu – wielopoziomowa, zawieszona nad kanionem. Ponoć aspiruje do wpisania do Księgi Rekordów Guinnessa jako największa i najwyżej zawieszona struktura barowa typu „wisząca”!  

Żądni adrenaliny mogą skorzystać z dodatkowych atrakcji: 
– zip line rowerowy – można przejechać się rowerem zawieszonym na linie nad kanionem;
– huśtawka nad klifem.

Można też zejść na dno doliny, do wodospadu. Na taki spacer należy przeznaczyć 2-3 godziny. My nie schodziliśmy, ponieważ zanosiło się na deszcz, poza tym mieliśmy już inne plany na naszą trasę (subiektywnie – ciekawsze). 

Udaliśmy się w kierunku Wardzii. Wieczorem zaskoczyła nas burza, więc zdecydowaliśmy się na nocleg w Pia – 12 km od Wardzii.

Nocleg: Guesthouse Mtkvari – pokój z prywatną łazienką i smacznym śniadaniem za EUR 28.

Wardzia – skalne miasto królowej Tamar

W dolinie rzeki Kury, na zboczu góry Eruszeli w poludniowej Gruzji kryje się niezwykłe miejsce – Wardzia. To skalne miasto, wykute w pionowej ścianie. Choć robi wrażenie już z oddali, to dopiero, gdy wejdzie się do środka, można zrozumieć, jak wyjątkowe było życie jego dawnych mieszkańców.

Wardzia powstała w XII wieku, za czasów królowej Tamar – jednej z najbardziej fascynujących postaci w historii kraju. Gruzini nazywają jej panowanie „złotym wiekiem”. Była pierwszą kobietą, która samodzielnie objęła tron, a jednocześnie potrafiła rządzić twardą ręką, prowadząc zwycięskie wojny, rozszerzając granice państwa i wspierając kulturę. W sztuce, literaturze i pamięci zbiorowej Tamar do dziś jest symbolem sprawiedliwości, odwagi i mądrości.

Legendy głoszą, że to właśnie ona jako dziecko, bawiąc się w górach, zgubiła się w jaskiniach. Wołała wtedy: „Ak var dzia!” – „Jestem tutaj, wujku!” – i od tych słów miała wziąć się nazwa całego miasta.

Miejsce to nie było jednak zwykłą osadą. Wardzia miała chronić ludzi przed najazdami – w ukrytych tunelach i komnatach mogło mieszkać nawet kilka tysięcy osób. W czasach świetności kompleks składał się z około 3 000 pomieszczeń rozmieszczonych na 13 poziomach. Dziś zachowało się około 750 komnat, a dla turystów udostępniono około 300. Choć w niektórych źródłach pojawia się liczba 60 tysięcy mieszkańców, badacze wskazują, że realna populacja Wardzii wynosiła raczej od 2 do 5 tysięcy osób – tyle mógł wyżywić i pomieścić cały skalny kompleks. Większe wartości mogły dotyczyć wyjątkowych sytuacji, np. schronienia podczas oblężeń.

Były tu mieszkania, kuchnie, spiżarnie, stajnie, biblioteka, a nawet system wodociągowy. W samym sercu wykuto imponujący kościół Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, ozdobiony freskami, które do dziś zachwycają barwami i detalem.

Przez wieki Wardzia była zapomniana. Największy cios zadało jej trzęsienie ziemi w 1283 roku, które oderwało znaczną część klifu i odsłoniło wnętrze miasta, czyniąc je bardziej bezbronnym wobec wrogów. Potem przyszły najazdy perskie i tureckie, a mieszkańcy opuścili skalne korytarze. Dopiero w XIX wieku, kiedy podróżnicy i historycy zaczęli badać te tereny, Wardzia ponownie zwróciła na siebie uwagę.

Dziś Wardzia nie jest już miastem, ale wciąż żyje tutaj mała wspólnota mnichów. W jednej z części kompleksu prowadzą klasztorne życie, odprawiają liturgie i opiekują się świątynią. Spotkanie ich w skalnych korytarzach przypomina, że to nie tylko zabytek, ale i duchowe miejsce, w którym modlitwa trwa od wieków.

Spacer po Wardzii to podróż w czasie. Przechodząc przez kamienne korytarze i wąskie schody, można poczuć, jak wyglądało codzienne życie w tym niezwykłym skalnym labiryncie. Zwiedzanie zajmuje zwykle około 1,5-2 godzin, ale jeśli chce się zajrzeć do każdego zakamarka i zatrzymać przy freskach, warto przeznaczyć nawet pół dnia. Widok z tarasów, rozciągający się na dolinę Kury i okoliczne góry, przypomina, dlaczego wybrano właśnie to miejsce – trudno o lepszą naturalną fortecę.

Wardzia zachwyca dziś nie tylko rozmachem, ale i niezwykłą atmosferą. To świadectwo średniowiecznej inżynierii, opowieść o królowej Tamar i ludziach, którzy potrafili stworzyć miasto w skałach – bez maszyn i technologii, jakie znamy dziś.

Jeśli wybieracie się do Gruzji, Wardzia jest miejscem, którego warto odwiedzić. To jeden z tych zabytków, które nie tylko się ogląda, ale też przeżywa – krok po kroku, korytarz po korytarzu, odkrywając ukryte historie zapisane w kamieniu.

Twierdza Khertvisi – miejsce, gdzie warto wstąpić po drodze do Wardzi 

Jeśli wybieracie się do słynnego skalnego miasta Wardzia (poprzedni post), warto zaplanować dodatkowy przystanek – twierdzę Khertvisi. To jedno z tych miejsc, które leży po drodze i potrafi zaskoczyć.

Khertvisi wznosi się malowniczo na skalistym wzgórzu u ujścia rzek Mtkvari i Paravani. Już samo położenie robi wrażenie – strome klify, zielone zbocza i potężne mury twierdzy, które od wieków strzegą doliny. Historia tego miejsca sięga podobno II wieku p.n.e., co czyni Khertvisi jedną z najstarszych twierdz w całej Gruzji. Legenda mówi nawet, że zatrzymał się tu Aleksander Wielki podczas swoich wypraw!

W ciągu wieków twierdza była wielokrotnie niszczona i odbudowywana – napadali na nią m.in. Mongołowie, a mimo to Khertvisi nigdy nie straciła swojego strategicznego znaczenia. W średniowieczu była sercem całego regionu, a dziś stanowi świetny punkt widokowy i fotograficzny. Spacerując wzdłuż zachowanych murów i baszt, można poczuć klimat dawnych czasów i wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w takim górskim bastionie.

Co najlepsze – twierdza znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Wardzi. Dlatego planując wycieczkę w te okolice, warto zatrzymać się choć na chwilę. To doskonałe uzupełnienie wizyty w skalnym mieście i szansa, by zobaczyć dwa zupełnie różne, a równie fascynujące oblicza gruzińskiej historii.

Z Kutaisi do Mestii

W okolicy Kutaisi odkryliśmy bardzo fajny i niedrogi hotel, w którym zatrzymaliśmy się aż 2 razy. Mowa o Chill Out Hotel w Ckaltubo. Czyściutki, cieplutki pokoik, z prywatną łazienką i wielkim oknem. Cena: EUR 20.

Mówi się, że najważniejsza jest nie sama meta, ale droga, którą się do niej dociera. I trudno się z tym nie zgodzić. Trasa z Kutaisi do Mestii to przykład podróży, która sama w sobie staje się atrakcją. Owszem, celem jest stolica Swanetii i górskie szlaki, ale po drodze czeka tyle pięknych przystanków, że naprawdę nie warto się spieszyć.

Samochód powoli toczy się przez malownicze wioski, a na drodze mijamy krowy, które zdają się zupełnie nie przejmować ruchem. To część lokalnego rytmu – spokojnego, niespiesznego, trochę innego niż ten, do którego przywykliśmy.

Wodospad Delpak i ryba z patelni

Jednym z miejsc, gdzie warto się zatrzymać, jest wodospad Delpak. Strumień wody spada tu ze skalnej ściany, a wokół otacza nas soczysta zieleń lasu. Idealne miejsce na chwilę odpoczynku i kilka zdjęć.

Tuż obok unosi się zapach smażonej ryby. Złowiona w górskich rzekach, podana prosto z patelni – prosto, bez zbędnych ozdobników, ale za to z takim smakiem, który zostaje w pamięci na długo. Do tego kawałek świeżego chleba i łyk zimnej wody ze źródła – i mamy ucztę w sercu Kaukazu.

Widok na rzekę Inguri

Dalej czeka punkt widokowy na rzekę Inguri. Jej turkusowy kolor kontrastuje z zielonymi zboczami gór i sprawia, że trudno oderwać wzrok. To jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę czuć ogrom i potęgę Kaukazu.

Drewniany most 

Nim dotrzemy do Mestii, zatrzymujemy się jeszcze przy drewnianym moście. Skromny, niepozorny, ale ma swój urok – to taki detal, który zostaje w pamięci. Skrzypiące deski, szum rzeki pod stopami i góry w tle sprawiają, że chce się spędzić tu choć chwilę wsłuchując się w odgłosy natury.

Mestia

Wreszcie docieramy do Mestii – serca Swanetii. To miasteczko staje się naszą bazą do podnóża lodowca. Wieczorem jemy kolację w małej, rodzinnej knajpce, a później – otuleni kocami, bo górskie noce potrafią być chłodne – zasypiamy z myślą o kolejnym dniu pełnym odkryć.

Trekking do podnóża lodowca Chalaadi

Gruziński region Swanetia to prawdziwy raj dla miłośników gór. Otoczona potężnymi szczytami okolica, pełna kamiennych wież i dzikiej przyrody, potrafi w sobie rozkochać. Jednym z miejsc, które warto zobaczyć będąc w Mestii, jest lodowiec Chalaadi – stosunkowo łatwo dostępny, a jednocześnie pozwalający poczuć monumentalną siłę Kaukazu.

Punkt startowy znajduje się 12 kilometrów od Mestii, przy wiszącym moście nad rzeką Mestiachala. Sam most już jest atrakcją – chwiejąca się drewniana konstrukcja dawno już zapomniała czasy swojej świetności i aktualnie jest nieczynna. Widzieliśmy śmiałków wchodzących na most, by zrobić sobie zdjęcie, lecz odradzamy takie eskapady – most naprawdę nie wygląda zbyt solidnie.

Tu znajduje się też tablica informacyjna, która podaje, że do lodowca jest 1,2 km. 

Szlak prowadzi początkowo przez las, pod górkę – początkowo bardziej stromo, później już dość łagodnie. Po wyjściu z lasu zaczyna się bardziej kamienisty odcinek wzdłuż rzeki, gdzie huk spływającej z lodowca wody towarzyszy już niemal do samego końca.

Dla większości turystów to dość łatwa wędrówka, która nie powinna zająć dłużej niż 1,5 godziny. Nam zajęła dwa razy dłużej, bo pokonywaliśmy ją z dwuletnią Hanią. Dzięki temu jednak mieliśmy więcej czasu, by przyglądać się detalom – drzewom, robaczkom czy kamykom zbieranym po drodze i wrzucanym do rzeki. Podróż nabrała innego tempa i uroku.

Na końcu doliny ukazuje się ściana lodowca Chalaadi. Wody z topniejących mas dają początek rzece Mestiachala, a dalej – Inguri. I nie, to nie taki początek lodowca, jaki być może wielu z Was sobie wyobraża – stąpanie po kawałkach lodu. A na pewno nie we wrześniu. Lód widzimy w oddali, jeszcze wyżej. W miejscu, do którego doszliśmy, nie było żadnego lodu, a jedynie topniejąca woda i niesione z jej nurtem kamienie. Warto o tym wspomnieć, by nikt nie poczuł się rozczarowany.

Trekking do lodowca Chalaadi nie jest trudny technicznie, ale pozwala poczuć bliskość gór w najbardziej dosłowny sposób. W ciągu zaledwie kilku godzin przechodzi się od zielonych lasów, przez surową kamienistą dolinę, aż oczom naszym ukazuje się w oddali ściana góry z oblodzonym szczytem.

To świetna propozycja zarówno dla doświadczonych piechurów, jak i rodzin z dziećmi. My dreptaliśmy z naszą wytrawną podróżniczką Hanią – i choć wędrówka trwała dłużej, dzięki niej podróż zyskała zupełnie inny, piękniejszy rytm.

Ushguli – najwyżej położona, zamieszkana na stałe, wioska Europy

Są takie miejsca, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej. Jednym z nich jest Ushguli – niewielka, ale niezwykle wyjątkowa osada w Swanetii, położona na wysokości ponad 2100 m n.p.m. To właśnie tutaj, w sercu Kaukazu, spotykają się surowa przyroda, dawna historia i codzienne życie mieszkańców, którzy od wieków żyją w cieniu potężnych gór.

Sama podróż do Ushguli jest ciekawa. Z Mestii to około 45 kilometrów drogi, która wiedzie wzdłuż rzeki Inguri, przez doliny i zbocza gór. Choć dystans nie wydaje się duży, pokonanie go zajęło nam prawie 2 godziny – to jedna z tych tras, gdzie bardziej liczy się urok widoków niż prędkość przejazdu. Z każdym kilometrem bardziej czuć, że docieramy do miejsca, w którym cywilizacja ustępuje miejsca naturze.

Największe wrażenie robi położenie Ushguli. Nad osadą góruje potężna Szchara – najwyższy szczyt Gruzji (5193 m. n.p.m.). Jej ośnieżone zbocza tworzą majestatyczne tło dla kamiennych domów i charakterystycznych wież obronnych, z których Svanetia słynie na całym świecie.

Te średniowieczne wieże, wznoszone przez lokalne rody, pełniły funkcję zarówno mieszkalną, jak i obronną. Do dziś są symbolem Swanetii – i świadectwem dawnych czasów, gdy życie w górach wymagało nie tylko odwagi, ale i ochrony przed najeźdźcami czy… sąsiadami. O kamiennych wieżach będzie następny akapit, ponieważ temat jest szalenie ciekawy.

Spacerując po wąskich uliczkach Ushguli, trudno oprzeć się wrażeniu, że trafiliśmy do innego świata. Kamienne domy z niskimi dachami, pasące się krowy, biegające po ulicach kozy – wszystko to tworzy obraz codzienności, która wygląda jak wyjęta z innej epoki.

Zimą Ushguli bywa odcięte od reszty Gruzji nawet na kilka miesięcy. To sprawia, że mieszkańcy żyją w rytmie natury, a samowystarczalność i wspólnota są tu nadal niezwykle ważne.

Ushguli w 1996 roku zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To wyróżnienie podkreśla unikalny charakter wioski, w której tradycyjna architektura i dawne obyczaje zachowały się niemal bez zmian przez stulecia.

Nocleg w Ushguli: Guesthouse Nora. Bardzo przyjemny pokoik, tym razem ze wspólną łazienką i kuchnią. Czysty, bardzo miła gospodyni, która na widok Haneczki doniosła nam dodatkowe koce (noce w górach są naprawdę zimne). Cena: EUR 16.

Wieże Swanetii

Jednym z najbardziej charakterystycznych widoków w Swanetii są kamienne wieże obronne – smukłe, surowe, znajdują się niemal przy każdym starym domu.

Większość z nich powstała między IX a XIII wiekiem, choć niektóre mogą być jeszcze starsze. Budowano je jako część rodzinnych gospodarstw – niemal każda zamożniejsza rodzina posiadała własną wieżę. Cel? Były one prywatnymi fortyfikacjami mającymi chronić mieszkańców w czasach niepewności. Początkowo zabezpieczały przed wrogiem z zewnątrz, z czasem jednak stawały się także schronieniem podczas konfliktów między sąsiadującymi rodami.

Swanetia przez wieki pozostawała regionem trudno dostępnym i w dużej mierze niezależnym od władzy centralnej. Brak silnej administracji oznaczał, że bezpieczeństwo należało do samych mieszkańców, a najważniejszą jednostką społeczną był ród.

I właśnie tutaj pojawia się jedna z najbardziej charakterystycznych tradycji regionu – zemsta rodowa, system honorowy znany z wielu górskich społeczności świata. Jeśli członek jednej rodziny został zabity lub ciężko skrzywdzony, obowiązkiem jego krewnych było przywrócenie honoru rodu. Konflikty mogły ciągnąć się latami, a nawet całymi pokoleniami, bo odpowiedzialność nie zawsze spadała na jedną osobę – obejmowała ona cały ród.

Gdy spór trwał zbyt długo albo pochłonął zbyt wiele ofiar, konieczna była mediacja. Prowadzili ją przedstawiciele starszyzny rodowej, a negocjacje – nieraz również trwające latami – kończyły się publicznym pojednaniem i symbolicznym gestem zgody: wspólnym posiłkiem, przysięgą lub zapłatą rekompensaty (np. w ziemi, bydle) przywracającej honor obu rodzin. Zdarzało się też, że pokój przypieczętowywało małżeństwo między rodami albo po prostu upływ czasu, gdy kolejne pokolenia decydowały się przerwać spiralę zemsty.

Wracając do samych wież – budowle miały zwykle 4-5 kondygnacji i osiągały nawet 20-25 metrów wysokości. Wznoszono je z lokalnego kamienia, bez dekoracji, bo liczyła się przede wszystkim funkcjonalność. Wejście często znajdowało się na wyższej kondygnacji i prowadziła do niego drewniana drabina, którą w razie zagrożenia można było usunąć.

Każde piętro pełniło określoną funkcję:
– na dole trzymano zwierzęta gospodarskie,  
– wyżej przechowywano zapasy żywności i narzędzia,  
– najwyższe poziomy służyły jako punkt obserwacyjny i miejsce obrony.

Wąskie otwory w ścianach działały jak strzelnice, pozwalając kontrolować dolinę, a grube kamienne mury chroniły nie tylko przed napastnikami, lecz także przed lawinami i surowymi zimami, które potrafiły odcinać wioski od świata na wiele miesięcy.

Wieże miały również znaczenie społeczne – były symbolem statusu i siły rodu. Im wyższa i solidniejsza konstrukcja, tym większy prestiż rodziny.

Największe skupisko wież znajduje się w Ushguli, jednej z najwyżej położonych stale zamieszkanych osad w Europie. Krajobraz wygląda tu niemal tak samo jak setki lat temu – kamienne domy i wieże stoją u stóp gór Kaukazu, tworząc jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Gruzji.

Dziś wiele wież nadal należy do prywatnych rodzin. Część została odrestaurowana, inne powoli niszczeją, ale wszystkie przypominają o czasach, gdy przetrwanie zależało od wspólnoty, gór i kamiennych murów.

Swanetia to nie tylko piękne widoki – to miejsce, w którym architektura opowiada historię życia w izolacji, niezależności i ciągłej gotowości do obrony.

Martvili Canyon

To już nasz ostatni przystanek przed wylotem. Miało być lekko, przyjemnie, spokojnie. I było. 

Martvili Canyon należy do najpopularniejszych atrakcji przyrodniczych zachodniej Gruzji i jest dobrze przygotowany na przyjęcie turystów. Choć bywa tu tłoczno, miejsce wciąż zachwyca kolorami i widokami.

Kanion znajduje się w regionie Megrelia, około godziny jazdy od Kutaisi. Rzeka Abasha przez tysiące lat wyrzeźbiła tu w wapiennych skałach wąski wąwóz o intensywnie szmaragdowym kolorze wody.

Jak duży jest kanion? Trasa turystyczna ma ok. 700-800 metrów długości i prowadzi drewnianymi kładkami oraz punktami widokowymi nad wodą i wodospadami. Sam kanion jest oczywiście dłuższy, ale tylko ten odcinek jest dostępny dla zwiedzających.

 Ile czasu potrzeba?
• spacer: 30-45 minut spokojnym tempem,
• z rejsem łodzią: ok. 1-1,5 godziny łącznie.

To raczej krótki przystanek niż całodniowa atrakcja.

Rejs łodzią. Największą atrakcją jest krótki spływ pontonową łodzią między wysokimi ścianami kanionu.
• czas trwania: ok. 15-20 minut
• odbywa się z lokalnym sternikiem
• dostępny tylko przy odpowiednim poziomie wody i dobrej pogodzie

 Ceny biletów:
• wejście do kanionu: ok. 20 GEL
• rejs łodzią: ok. 20 GEL dodatkowo

Bilety na wejście do kanionu i na rejs kupuje się osobno.

 Schody i dostępność:
• na trasie znajduje się sporo schodów (zwłaszcza na początku i końcu);
• ścieżki są dobrze przygotowane i bezpieczne;
• miejsce nie jest w pełni dostępne dla wózków dziecięcych ani osób z ograniczoną mobilnością; na szczęście Hania zbojkotowała wyżej już dawno temu, więc nawet nie bierzemy go na wyjazdy;
• przy wejściu działa parking, toalety i mała infrastruktura turystyczna.

Czy warto?
Tak – mimo popularności miejsce nadal robi fajne wrażenie. Jeśli rozważacie przystanek na wypełnienie dnia lub czego lekkiego przed wylotem (jak my), to polecamy.

Gruzja – podsumowanie: samochód z namiotem dachowym, kuchnia, podróż z dzieckiem

No i stało się – dobrnęliśmy do konsumentów wpisu, więc czas zebrać tę podróż w jedną historię. Jaka to była podróż? Typowo „nasza”: trochę planowana, trochę spontaniczna, momentami szalona, a przede wszystkim… rodzinna.

Przez dwa tygodnie przemierzaliśmy Gruzję samochodem wynajętym od martynazgruzji.pl – Toyotą 4×4 z namiotem dachowym, która miała zabrać nas wszędzie tam, gdzie kończy się asfalt. Plan był ambitny: spać wysoko, dziko i blisko natury. Rzeczywistość – jak to zwykle bywa – napisała własny scenariusz.

Szybko okazało się, że bez śpiworów romantyczna wizja noclegów pod kaukaskim niebem ma swoje ograniczenia. Koce kupione po drodze dzielnie walczyły z chłodem, ale górskie noce były naprawdę zimne, a podróżując z Hanią wygrywał zdrowy rozsądek. Dlatego obok noclegów “na dziko” odkrywaliśmy też lokalne pensjonaty i kwatery – proste, gościnne i zaskakująco tanie (od kilkunastu do trzydziestu kilku euro za dobę). I wiecie co? To właśnie tam często poznawaliśmy Gruzję najbliżej.

A co udało się przeżyć?

Zjechaliśmy pół kraju, od jaskiń i skalnych miast po najwyższe przejezdne przełęcze Kaukazu.

Zaczęliśmy spokojnie – od kameralnej jaskini Navenakhevi i wykutego w skale Uplisciche – żeby chwilę później wspinać się jedną z najbardziej spektakularnych dróg świata na Przełęcz Abano i dotrzeć do Omalo, gdzie życie toczy się w rytmie gór i słońca.

Spaliśmy pośród kolorowych wzgórz Red Mountains, gdzie noc była absolutnie cicha, zatrzymywaliśmy się spontanicznie przy wodospadach i przydrożnych barach z najlepszą rybą z patelni, chodziliśmy po szklanym moście nad kanionem i wędrowaliśmy skalnymi korytarzami Wardzii – miasta wykutego w pionowej ścianie góry.

Potem przyszła Swanetia – naprawdę magiczny fragment tej podróży.

Mestia, kamienne wieże, trekking do lodowca Chalaadi w tempie wyznaczanym przez dwuletnią podróżniczkę zbierającą kamyki co trzy metry i Ushguli – wioska, w której naprawdę czuć, że świat potrafi zwolnić.

Były trasy, które trwały dłużej niż planowaliśmy, krowy mające pierwszeństwo absolutne, kawa pita w miejscach bez zasięgu i widoki, które sprawiały, że co chwilę zatrzymywaliśmy auto „na minutkę” (czyli oczywiście na pół godziny).

No i jedzenie… a raczej: nasza druga, równoległa podróż – kulinarna.

Objadaliśmy się chaczapuri (Michał został jego wielkim fanem i jeśli wróciłby kiedyś do Gruzji, to tylko po to, żeby jeść je codziennie), a chinkali – szczególnie te z mięsem – znikały w mgnieniu oka. Ja za to absolutnie przepadłam za gruzińskimi zupami – prostymi, rozgrzewającymi i idealnymi po chłodnym dniu w górach.

A na deser? Czurczchela – słodkie przekąski z orzechów nawleczonych na nitkę i oblepionych masą z dodatkiem soku owocowego. Niby proste, a człowiek nagle orientuje się, że stoi przy straganie i kupuje kolejnych kilka.

Na koniec – Martvili Canyon. Lekki, zielony, spokojny. Idealne zamknięcie podróży przed powrotem do codzienności.

Ta wyprawa nauczyła nas jednej rzeczy: podróżowanie z dzieckiem nie oznacza mniej – oznacza inaczej. Wolniej, uważniej i często… piękniej. Bo kiedy świat ogląda się z perspektywy małego człowieka zachwyconego kamieniem, rzeką czy krową na drodze, wszystko nabiera nowego znaczenia.

Czy wrócilibyśmy do Gruzji? Raczej nie – świat jest zbyt duży, a miejsc do odkrycia wiele.

Czy Gruzja nas urzekła? Michał twierdzi, że chyba miał wobec niej zbyt wysokie oczekiwania, więc nie do końca go zachwyciła. Ja mam trochę łatwiej – potrafię znaleźć piękno nawet w czerwonej cegle.

A tak już całkiem serio – kocham góry. Kocham wioski pośrodku niczego, gdzie czas płynie wolniej. Kocham naturę, przestrzeń i ciszę, a tego w Gruzji zdecydowanie nie brakuje. I kocham serdecznych ludzi – a Gruzini właśnie tacy są: otwarci, ciepli i prawdziwi.

Dla jednych będzie to podróż życia, dla innych po prostu ciekawy kierunek. I chyba właśnie to jest w podróżach najfajniejsze – każdy wraca z trochę inną historią.

A Wy? Jakie są Wasze odczucia po podróżach po Gruzji?