Wstaliśmy wcześnie rano. Ku naszej radości zza chmur zaczęły przebijać się pierwsze promienie słońca. Szybkie śniadanie i ruszamy – przed nami jedna z najbardziej niezwykłych dróg w całej Gruzji.
Nocleg mieliśmy w Alvani: Alvani Inn – przyjemny pokój z prywatną łazienką oraz wspólną kuchnią, jadalnią i ogrodem do dyspozycji. Idealna baza wypadowa na Omalo. Cena: EUR 30.
Ruszyliśmy w kierunku Pshaveli. Tuż za Pshaveli kończy się asfalt i zaczyna szutrowa przygoda. Początkowo droga biegnie łagodnie. Z każdym kilometrem zmienia jednak swój charakter – serpentyny oplatają zbocza niczym wąż, a zakręty odkrywają coraz to nowe oblicza krajobrazu. Po jednej stronie piętrzą się pionowe ściany skał, po drugiej otwierają się nagle głębokie przepaście, w których widać rzekę daleko w dole.



Im wyżej się wspinaliśmy, tym gęstsza stawała się mgła. W końcu otuliła nas zupełnie, jakbyśmy wjechali w inny świat. Już zaczynaliśmy tracić nadzieję na widoki, gdy nagle… po drugiej stronie góry, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło. Z mgły wkroczyliśmy w przestrzeń pełną słońca i błękitu.
Przed nami rozciągała się Przełęcz Abano (2850 m n.p.m.) – najwyżej położona przejezdna przełęcz w całym Kaukazie, nazywana nie bez powodu „bramą do Tuszetii”. To właśnie ona łączy świat nizin z odciętą przez większą część roku górską krainą. Droga, którą jechaliśmy, powstała dopiero w latach 70. XX wieku – wcześniej do Tuszetii docierało się wyłącznie pieszo lub konno. To bardzo zmieniło życie mieszkańców, ale jednocześnie do dziś nie zmieniło wszystkiego – Tuszetia nadal przez kilka miesięcy w roku pozostaje odcięta od świata.



Zatrzymaliśmy się przy małej drewnianej budce. Kawa, pachnące drożdżowe ciasto z owocami i uśmiech gospodarzy – prosty, ale idealny przystanek na granicy dwóch światów. Obok pasterze prowadzili swoje stada – ta trasa nie jest tylko turystyczna, to codzienna arteria życia Tuszetii. Tą drogą jadą mieszkańcy, jadą dostawy, jadą lekarze, jadą dzieci wracające na wakacje do dziadków. To nie jest tylko droga „dla widoków”. To jest droga, dzięki której ten region w ogóle może funkcjonować.
Potem ruszyliśmy dalej, a słońce prowadziło nas aż do samego Omalo.
Droga do Omalo – jedna z najbardziej ekstremalnych tras świata?
Droga do Omalo, prowadząca przez Przełęcz Abano, to jedna z tych tras, które wywołują kontrowersje. Postaram się tutaj jak najbardziej obiektywnie podejść do tematu.
Zacznijmy od genezy tej trasy. Droga do Omalo powstała w latach 70. XX wieku, gdy władze radzieckie postanowiły połączyć izolowaną Tuszetię z resztą kraju. Wcześniej do regionu można było dotrzeć jedynie pieszo, konno lub – w wyjątkowych sytuacjach – helikopterem. Budowa była ogromnym wyzwaniem inżynieryjnym, bo teren jest niezwykle stromy, skalisty i narażony na osuwiska. Do budowy wykorzystywano materiały wybuchowe i ciężki sprzęt. Wiele fragmentów drogi dosłownie wyrąbano w pionowych ścianach skalnych, pozostawiając drogę zawieszoną nad przepaściami. Bywa, że momentami droga jest bardzo wąska i nie przekracza kilku metrów szerokości.
Droga ma około 70 kilometrów długości, ale przejazd zajmuje zwykle kilka godzin. To dlatego, że nie jedzie się tu szybko. Tu jedzie się ostrożnie. Tu jedzie się z pełną koncentracją. Niektóre odcinki trasy to efekt wielokrotnych napraw – droga była zasypywana, obrywała się, wymagała odbudowy. Do dziś jej utrzymanie polega na ciągłym odkopywaniu spod lawin błotnych i osuwających się kamieni. Po intensywnych opadach deszczu na drogę potrafią spaść całe fragmenty skał, a spływająca z gór woda zamienia szuter w błoto. Zdarza się, że droga jest zamykana na kilka dni, a ludzie muszą czekać, aż ciężki sprzęt usunie kamienie.



Wzdłuż drogi stoją małe kapliczki i krzyże – pamiątki po tych, którzy tej drogi nie pokonali. Wypadki zdarzają się tu co roku. Najczęściej przyczyną jest poślizg na błocie, osunięcie się fragmentu drogi, spadające kamienie albo utrata kontroli nad samochodem podczas mijania się na wąskim odcinku. Najwięcej wypadków zdarza się przy złej pogodzie – podczas mgły i po intensywnych opadach deszczu. Lokalna policja i media gruzińskie co roku informują o kilku śmiertelnych wypadkach na tej trasie.
Największym zagrożeniem nie jest sama wysokość ani przepaście, ale pogoda. Mgła potrafi ograniczyć widoczność do kilku metrów. Deszcz zamienia drogę w błoto. Po ulewach spadają kamienie. Czasami fragment drogi po prostu się osuwa.



Na trasę należy wyjechać samochodem z wysokim zawieszeniem – terenówka 4×4 zdecydowanie ułatwia sprawę, choć jeszcze ważniejszy jest kierowca. Tu liczy się opanowanie, doświadczenie w jeździe po górach i umiejętność przewidywania. Nawet 30 lat jazdy po mieście nie przygotuje na spotkanie z błotnistą koleiną na ostrym zakręcie czy z ostrym kamieniem pod kołami. Jak już wspomniałam, momentami droga jest dość wąska – na jeden samochód. Ale są „mijanki”. Trzeba patrzeć daleko do przodu, czy coś nie nadjeżdża i zatrzymać się przy takiej mijance.
Droga do Omalo nie jest zwykłą górską drogą, na którą można wjechać „przy okazji”. To jest trasa, do której trzeba się przygotować – trochę jak do małej wyprawy. Ostatnia stacja benzynowa znajduje się jeszcze przed wjazdem w góry. W Tuszetii nie ma stacji paliw, dlatego trzeba zatankować do pełna przed wjazdem i dobrze jest mieć zapas paliwa. Drogę najlepiej pokonywać rano – po południu częściej pojawiają się mgły i burze. Po intensywnym deszczu lepiej poczekać kilka godzin albo nawet jeden dzień, bo wtedy na drogę spada najwięcej kamieni.
I jeszcze jedna rzecz – opanowanie. Są momenty, kiedy po jednej stronie mamy skałę, po drugiej przepaść. Najważniejsze to zachować spokój. Panika jest najgorszym doradcą.
Dlatego wiele osób decyduje się na lokalnych kierowców. I to jest bardzo rozsądne rozwiązanie. Oni jeżdżą tam niemal codziennie, znają drogę, wiedzą, gdzie mogą spaść kamienie, wiedzą, gdzie są mijanki. Dla nich to droga do pracy.
Warto? Bez dwóch zdań. Widoki, jakie otwierają się z drogi i na samej przełęczy Abano, są naprawdę przepiękne. A Tuszetia, do której ta droga prowadzi, jest krainą surową i magiczną, wciąż niezadeptaną – miejscem, gdzie czas zdaje się zatrzymać.
Omalo – życie na dachu Kaukazu
Omalo to serce górskiego regionu Tuszetia, ukryte na wysokości około 1880 m n.p.m. Tam czas płynie inaczej, a codzienność splata się z historią i naturą. Latem wioska ożywa – przyjeżdżają pasterze i rodziny, wracają dzieci na wakacje. Zimą zostaje tu zaledwie garstka mieszkańców, którzy mierzą się z ciszą, śniegiem i odcięciem od świata.
Jeszcze około 150–200 lat temu w całej Tuszetii mieszkało kilka tysięcy osób. Dziś większość wiosek jest zamieszkana tylko sezonowo. Młodzi ludzie wyjechali do miast, bo życie w górach jest trudne – nie ma szkół, pracy, szpitali, normalnych dróg. Dziś w Omalo na stałe mieszka zaledwie kilkadziesiąt osób, a zimę spędza tu tylko kilka z nich.



Codzienność w Omalo jest wymagająca. Nie ma tu bankomatów, dużych sklepów ani stacji benzynowych. Prąd często pochodzi z paneli słonecznych i generatorów. Zaopatrzenie trzeba zrobić wcześniej, zanim zamkną drogę. Jeśli ktoś zachoruje zimą – trzeba wzywać helikopter. Zimą śnieg potrafi mieć kilka metrów wysokości, a temperatura spada głęboko poniżej zera. Przez kilka miesięcy w roku jest tu niemal całkowita cisza.
Najstarsza część wioski, Keselo, zachwyca kamiennymi wieżami obronnymi z XVIII wieku. Początkowo było ich trzynaście – dziś stoi jeszcze sześć. Dawniej, w razie zagrożenia całe rodziny mogły schronić się w środku wraz ze zwierzętami. Grube kamienne ściany i położenie na wzgórzu dawały bezpieczeństwo.
Tuż obok rozciąga się Stare Omalo, budowane w XVIII–XIX wieku. Niżej powstało Dolne Omalo – nowsza część wioski z XX wieku.
Życie pasterzy – rytm, który nie zmienił się od setek lat
Żeby zrozumieć Tuszetię, trzeba zrozumieć pasterzy. Bo to oni od wieków tworzą ten region i to dla nich istnieje ta droga.
Tuszetia od setek lat żyje z pasterstwa. Każdego roku wiosną i latem tysiące owiec przepędzanych jest z dolin na wysokogórskie pastwiska. To ogromne, kilkudniowe wędrówki przez góry. Pasterze idą pieszo razem z psami pasterskimi, a całe stada przemieszczają się starymi szlakami, które istnieją tu od setek lat.
Latem pasterze mieszkają wysoko w górach, w kamiennych lub drewnianych domach. Często bez bieżącej wody, bez internetu, z bardzo ograniczonym prądem. Ich dzień zaczyna się bardzo wcześnie – od wyprowadzenia owiec na pastwiska. Potem wyrabia się ser, naprawia ogrodzenia, przygotowuje zapasy na zimę.
Jesienią pasterze wracają ze stadami do dolin. Potem góry pustoszeją. Zostaje śnieg, cisza i kilka osób. To właśnie dlatego Tuszetia jest tak wyjątkowa – bo tu wciąż istnieje prawdziwe, tradycyjne życie, a nie jego turystyczna wersja.



Na końcu tej drogi jest inny świat…
Droga do Omalo jest trudna.
Życie w Omalo jest trudne.
Zima w Omalo jest bardzo trudna.
A mimo to ludzie tu wracają. Co roku. Od pokoleń.
I kiedy stoisz na wzgórzu przy wieżach Keselo, patrzysz na dolinę, na konie pasące się na łąkach, na kamienne domy i na drogę, która wije się gdzieś w dole między górami, zaczynasz rozumieć dlaczego.
Bo są miejsca, gdzie nie jedzie się tylko po to, żeby coś zobaczyć.
Są miejsca, do których jedzie się po to, żeby coś poczuć.
Tuszetia jest właśnie takim miejscem.
Sprawdź na mapie noclegi w Omalo:

Podobne wpisy
Gruzja – podróż z 2-letnim dzieckiem na własną rękę. Co warto zobaczyć?
Rejs: Ateny – Rodos – Kusadasi – Santorini
Sri Lanka – wiedza bazowa