Puerto Princesa, czyli filipińskiej przygody dzień pierwszy

Po długim locie, a w zasadzie lotach – wylądowaliśmy w Puerto Princesa. Trasę Manila – Puerto Princesa pokonaliśmy na pokładzie samolotu linii Cebu Pacific. Samoloty standardu Ryanair, czyli mają latać… i to w zasadzie tyle, co się od nich wymaga. Kiedy koła dotknęły gruntu obudził się we mnie drzemiący lew, bo oto nasza filipińska przygoda miała zacząć się na dobre! To nic, że łącznie w powietrzu spędziliśmy około 17 godzin, a w trasie prawie 26… to nic, że mieliśmy 7 godzin różnicy w czasie – grunt, że byliśmy na miejscu! Nie było czasu na spanie. 

Jak to mój mąż stwierdził kiedyś: „Jak ty zobaczysz Indianina, morze, palmę, to możesz nie spać choćby tydzień!” To prawda, na wyjeździe jakimś dziwnym cudem ubywa mi lat, sen może nie istnieć, liczy się tylko to, co nowe, to – co trzeba zobaczyć, poznać, poczuć, posmakować. TO było już w zasięgu ręki.

Hotel mieliśmy oddalony od lotniska o 2 km – dystans spacerowy. Bagaż mały, można iść.

Hotel swoją drogą zdecydowanie polecam! Amelia Homestay – niewielki, rodzinny pensjonacik z kilkoma pokoikami prowadzony przez przesympatycznych ludzi. Pozwolili nam się zameldować o godzinie 8 rano, pomimo że doba hotelowa rozpoczynała się dużo później. Pokoik czyściutki, z łazienką. Tutaj musze nadmienić, że na Filipinach z reguły nie ma ciepłej wody, i nie dotyczy to tylko tanich hosteli, ale również większych i droższych hoteli. Nie jest to jednak straszną bolączką zważywszy na temperaturę otoczenia 🙂 Nam w każdym bądź razie absolutnie brak ciepłej wody nie doskwierał. Wracając do hotelu – w cenie 490 peso za osobę (czyli jakieś 37 zł) mieliśmy jeszcze wliczone śniadanie, które zaserwowano nam o 6 rano, bowiem tak umówiliśmy się na dalszą trasę do El Nido. A do tego właścicielka odwiozła nas rano własnym samochodem do punktu spotkań nie chcąc za to żadnej zapłaty (oczywiście daliśmy napiwek od siebie, jednak liczy się jej miły gest). Do dyspozycji mieliśmy również wspólną kuchnię oraz kawę bez limitu 🙂

Pieśni chwalebne na temat lokum mamy już za sobą, wróćmy zatem do samej miejscowości. Puerto Princesa traktowane jest nieco „po macoszemu”, jako miejsce transferowe pomiędzy lotniskiem a El Nido.

Tymczasem warto zatrzymać się tutaj choćby na dzień. Samo miasteczko wydało mi się bardzo przyjemne, nie zadeptane jeszcze przez turystów tak jak samo El Nido.

Wybraliśmy się na pobliską plażę. Droga ciągnęła się przez okoliczne miejskie obrzeża, gdzie dzieci biegały umorusane po ulicy zamiast siedzieć przy smartfonach, gdzie kury biegały miedzy nogami, a sprzedawczyni ze straganu machała nam na powitanie. Nikt nas nie nagabywał, nie chciał nic sprzedawać, nie był nachalny – zewsząd witały nas tylko uśmiechy.

Na plażę dotarliśmy, jednak był odpływ, więc samego morza zobaczyliśmy tyle, o ile. To nic, obserwowaliśmy beztrosko biegające dzieci, parę zakochanych siedzących pod palmą, zobaczyliśmy lokalne życie i zasmakowaliśmy lokalnego śniadania w przydrożnej knajpce. No i oczywiście przepiliśmy to śniadanie lokalnym piwkiem na dobry początek urlopu!

Kolejno zdecydowaliśmy się odwiedzić Rezerwat Krokodyli (Palawan Wildlife Rescue and Conservation Center).  Wstęp kosztuje 40 peso, czyli całe 3 polskie złote. Nie jest to typowe „must see” na trasie, ale jeśli mamy wolny czas, można tam zajrzeć.

Naszym „must see” jest natomiast Puerto Princesa Baywalk, czyli nic innego, jak promenada – koniecznie wieczorową porą! Po zmroku zaczynają otwierać się lokalne knajpki, budki ze street-foodami, czyli to, czego nasze brzuszki pragnęły najbardziej. Testowaliśmy mięsne szaszłyki, smażone jelita (!!!), panierowane jajka, wątróbkę, smażone żołądki i jeszcze inne lokalne przysmaki – więcej o jedzeniu na Filipinach napiszę w osobnym wpisie. Tutaj wspomnę tylko, że to właśnie w Puerto Princesa jedliśmy najsmaczniejsze „jedzenie na patyku” podczas całego pobytu 🙂

Co warto jeszcze wiedzieć podczas pobytu w Puerto Princesa?

Puerto Princesa, cennik
Puerto Princesa, cennik

Bardzo popularnym środkiem transportu są tzw. trajki (trajcykle) i mają one w środku wydrukowany cennik (podana cena to cena za osobę).

Są to takie lokalne taksówki. Oczywistym jest, że kierowcy podają nieco wygórowaną cenę turystom, choć nie zawsze tak bywa. Trzeba im w takiej sytuacji powiedzieć, że cennik znamy, a nawet wskazać palcem na niego 🙂

Druga sprawa to taka, że transport jest prawie za bezcen…

… dlatego my zawsze dorzucaliśmy do tzw. oficjalnego cennika coś od siebie – zwłaszcza, jeśli kierowca podawał nam normalną cenę z cennika 🙂 Uczciwość się opłaca.

My lubimy spacerować, jednak po posileniu się na promenadzie, nabyciu i zakosztowaniu lokalnego rumu (sprzedawanego prawie za bezcen! o rumie będzie w wykazie cen, jednak po prostu muszę nadmienić w tym miejscu, że lokalny rum na Filipinach kosztuje 110-120 peso za litr, czyli 8-9 pln!), podjechaliśmy trajką do hotelu, by odespać podróż, a rano zwarci i gotowi stawić się na miejscu spotkań, z którego mieliśmy wyruszyć do El Nido.

Rum filipinski

======================

Sprawdź ubezpieczenia turystyczne i podróżuj ze spokojną głową!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Polska

Bieszczady: Wrocław – Ostrów Tumski i legenda o kamiennej głowie: Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu:

Zamknij