Mamy auto! Kierunek: Rzym!

Zjedliśmy śniadanie, sprawdziliśmy stan konta… ufff – pieniążki zaksięgowane na nieszczęsnej kredytówce. No to co? Ruszamy do wypożyczalni.

Oczyma wyobraźni widzimy już Koloseum, choć wiemy, że nie zdążymy do niego dotrzeć przed zachodem słońca…

Z uśmiechem jak banan podajemy pracownikowi potwierdzenie rezerwacji dokonanej przez Rentalcars oraz wręczamy kartę kredytową. Pracownik z jeszcze szerszym uśmiechem informuje nas, że autko na nas czeka. „Ufff, w końcu po wszystkim” – myślę. Tymczasem słyszę złowieszcze:
– Jeszcze tylko zablokujemy na karcie 700 Euro depozytu i mogą Państwo ruszać w drogę!
– Coooo? Jakie 700 Euro depozytu? Miało być 150! – Drżącymi rekami pokazuję cyferki na potwierdzeniu rezerwacji jednocześnie doszukując się czegoś dopisanego małym druczkiem… Nie, nie ma nic. Zawsze czytam umowy, zawsze!
– Szanowni Państwo, umowa naszej wypożyczalni przewiduje od 700 Euro depozytu w górę. To i tak najniższa stawka.
– To w takim razie dlaczego my na umowie mamy 150? Czy to wina Państwa czy Rentalcars? Może z nimi należałoby to wyjaśnić? My nie mamy takich środków na koncie i z powodu niskiego właśnie depozytu wybraliśmy Państwa firmę spośród innych.
– Proszę Pani, proszę dzwonić do Rentalcars.
Dzwonimy… Odbiera miły Pan. Cierpliwie wysłuchuje mojej historii, po czym prosi o przekazanie telefonu pracownikowi biura. Chwilę rozmawiają. Pracownik gestykuluje tak, jakby miał rozmówcę przed sobą i… chciał mu zaraz dać w łeb… Po czym oddaje mi telefon. Pracownik Rentalcars wyjaśnia, że panowie chyba doszli do porozumienia i proponuje nam dokupienie dodatkowej polisy za 200 Euro, co zmniejszy kwotę depozytu do założonych 150 Euro, a Rentalcars zwróci nam owe 200 Euro w ciągu 48 godzin, aby warunki umowy pomiędzy nami a Rentalcars zostały zachowane.
Nie pozostało nam nic innego, jak przystać na tę propozycję. Tym bardziej, że naprawdę marzyliśmy o tym, aby już opuścić to miejsce. Zapłaciliśmy, wyszliśmy, obejrzeliśmy auto z każdej strony tak dokładnie, jak nigdy… Odpaliliśmy silnik i ruszyliśmy w kierunku Rzymu. W końcu! Kamień z serca, choć jeden dzień w plecy.

Droga do Rzymu dłużyła się niemiłosiernie. Wiedzieliśmy, że dotrzemy tam wieczorową porą, czyli plan zwiedzania Rzymu bierze w łeb. W końcu dojechaliśmy. Odebraliśmy klucze do ślicznego mieszkanka, wypiliśmy szybką kawę i… zaczęło się ściemniać. No nic, stwierdziliśmy, że ruszamy w kierunku Koloseum. Podświetlone, nocą, musi wyglądać imponująco. I nie zawiedliśmy się. Blask latarni odbijających się w kamiennych murach naprawdę robi wrażenie i dodaje samej budowli majestatyczności. Przepraszam za jakość zdjęć, ale mój ukochany aparat wyzionął ducha w Watykanie 🙁 i podczas dalszej podróży ratowaliśmy się już tabletem i starym telefonem…

Kolejno udaliśmy się do Watykanu.

Pusty plac Świętego Piotra, gdzieniegdzie przebiegająca jakby w popłochu zbłąkaną duszyczka i…

…mnóstwo bezdomnych rozkładających swoje koce i śpiwory po kątach, by spędzić w tym miejscu noc. Z każdą minutą ich przybywało, jakby się zmówili! Wiem, że ludzkie losy potrafią toczyć się w różny sposób… Nie oceniam nikogo nie poznawszy uprzednio jego historii, jednak w tamtym miejscu poczułam pewnego rodzaju niesmak. Nie wiem do końca, jak to określić. W pewnym momencie do moich uszu doszły wersy „Sokołów” w wykonaniu z pewnością nie do końca trzeźwych osobników… Im więcej osób przybywało do zaułków Watykaniu, tym większy harmider się tam robił. Odgłosy kłótni, śpiewów… Nie wyglądało to tak, jakby biedni, styrani życiem ludzie przybyli tam, aby po prostu przespać się w bezpiecznym miejscu, a jakby miała tam się po prostu zaczynać nocna libacja. To postawiło z mojej strony sporą rysę na wizerunku Stolicy Apostolskiej. Oczywiście, nie można wszystkich wrzucać do jednego worka, niemniej służby miejskie powinny coś z tym zrobić. Są odpowiednie instytucje, przytułki, gdzie naprawdę potrzebujący mogą znaleźć schronienie. I są miejsca, gdzie ci mniej potrzebujący, mogliby napić się nalewki – z pewnością takim miejscem nie powinien być Plac Świętego Piotra. Takie jest przynajmniej moje zdanie.

Trochę zniesmaczeni wróciliśmy do naszego lokum. Trzeba będzie wrócić w te miejsca za dnia. A wstać należy bardzo wcześnie, aby wykorzystać kolejny dzień do maksimum!

P.S. Rentalcars oddał pieniądze kolejnego dnia. A wypożyczalnia we Włoszech to Maggiore.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Rimini i San Marino – tym razem pokonał nas bank!

Rimini miało być tylko bazą wypadową dla San Marino i miejscem zamiany najdroższego auta w naszej karierze na to budżetowe.

Zamknij