Rimini i San Marino – tym razem pokonał nas bank!

Rimini nie zrobiło na nas wrażenia. Ot, typowy kurort. Zresztą – miało być tylko bazą wypadową dla wizyty w San Marino. No i miejscem, gdzie oddajemy najdroższe auto w naszej historii i bierzemy nasze budżetowe – przelew na nieszczęsną kredytówkę miał przecież wpłynąć w poniedziałek.

Samo Rimini to jedna ogromna plaża, Miejsce, na które może bardziej przychylnym okiem spojrzałabym, gdybyśmy byli tam latem…

Chociaż nie jestem miłośniczką całodziennego wylegiwania się na plaży, to muszę przyznać, że jej wielkość robi wrażenie. Pod koniec października świeciła ona pustkami – mogę sobie jedynie wyobrazić, co dzieje się tam w sezonie!

Minęły już czasy (chyba w sumie z tego wyrosłam), że bez względu na porę roku, widząc morze czy jezioro, musiałam popływać. To nic, że gęsia skórka, to nic, że sine usta… Teraz to jedynie paluszek… brrr… i wystarczy! 🙂

No dobra, dość o wodzie i pływaniu. W końcu przyjechaliśmy tutaj tylko na wieczorny spacer po plaży, przespać się, a rano wyruszyć do San Marino. Potem zamienić samochody i obrać kierunek: Rzym! To brzmiało jak plan.

Hotel Stella D’Italia – taki zwyczajny, znośny, czysty. I tani. Mogę polecić. Zerwaliśmy się bladym świtem, by wyruszyć w kierunku San Marino. O San Marino rozpisywać się nie będę, ponieważ takiego wpisu dokonałam już przy okazji poprzedniej podróży. Znajdziecie go tutaj: Z UK na Maltę – przystanek 3: San Marino. Wróciliśmy w to miejsce nie tyle z miłości do państwa na wzgórzu, ile z chęci pokazania go Rodzicom. Mam nadzieję, że za chwilę przejdziecie do wpisu o San Marino, tutaj wrzucam tylko kilka zdjęć:

San Marino to bardzo urokliwe miejsce, choć niewiele zostało z jego klimatu sprzed lat (moja pierwsza podróż w te okolice odbyła się w 2017 czy 2018 roku… a zresztą, miałam się nie rozpisywać – wszystko znajdziecie we wpisie z linka powyżej).

Zwiedziwszy urokliwe San Marino, obładowani pamiątkami, wróciliśmy do Rimini – to tylko nieco ponad 20 km. Przecież pieniążki na karcie powinny już być, a autko czekać na nas! Logowanie do banku, sprawdzanie stanu konta… przelew nie dotarł! Ale jak? Ale dlaczego? Złość, nerwy, przecież zaraz zamkną wypożyczalnię aut!
– Dajmy im jeszcze chwilę, może zaksięgują w ostatnim momencie… – resztkami nadziei mówię do Michała, choć sama w to nie wierzę. – Chodźmy na kawę na plażę.

Wyciągnęliśmy z pojazdu kuchenkę przenośną, kubeczki, kawkę… Zrobiliśmy sobie mały piknik. Fantastyczna sprawa, gdyby nie ta niepewność kołacząca się z tyłu głowy i nieme pytanie: co robimy?

Przecież już powinniśmy być w drodze do Rzymu, a wygląda na to, że spędzimy w Rimini kolejną noc. I nie byłoby to złe, gdyby nie fakt, że na Rzym mieliśmy przeznaczone dwa dni, zarezerwowane dwa noclegi, a tymczasem nasz plan bierze w łeb! Tak, to niewątpliwy minus podróżowania według planu. To była pierwsza taka podróż i ta podróż nauczyła nas, że brak planu jest najlepszym planem 🙂


No, ale wróćmy do naszej historii. Jak łatwo się domyślić, pieniądze nie zostały zaksięgowane tego dnia. Poszliśmy do wypożyczalni, oddaliśmy najdroższe autko w naszej karierze, zmieniliśmy rezerwację kolejnego na „od jutra”. Bez planu już dokonaliśmy rezerwacji w jednym z najtańszych hoteli w okolicy: Hotel Bengasi – ten akurat okazał się naprawdę niezły i w ofercie miał śniadanie… a kolejno udaliśmy się do lokalnego sklepu w celu nabycia jakiegoś trunku na pocieszenie. Uzbrojeni po zęby w sporej wielkości butelki z lokalnym winem za grosze, postanowiliśmy spędzić mimo wszystko radosny wieczór w Rimini 🙂 Oj, było radośnie, było! Bo co nam pozostało? Śmiać się z tego wszystkiego! Teraz już śmiejemy się do rozpuku, jednak zasypialiśmy z tą kołaczącą się po głowie myślą: o której jutro zaksięgują pieniążki? Czy dalej już pójdzie jak z płatka, czy wypożyczalnia znowu czymś nas zaskoczy? Jak zmodyfikować plan podróży, by nie ucinać trasy i stracić jak najmniej?

Zostańcie z nami! Dzisiaj potrzymam Was w małej niepewności 🙂 Ciąg dalszy już niebawem!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Wenecja – miasto zakochanych? Nie… miasto duchów i czarownic

Zapewne nie takiego wpisu o Wenecji się spodziewaliście... Nie będzie ochów i achów, będzie natomiast o duchach nawiedzających miasto...

Zamknij