Wenecja – miasto zakochanych? Nie… miasto duchów i czarownic

Czy wiecie, że Wenecja została założona przez uchodźców? Dokładnie tak – pierwszymi osadnikami byli uciekinierzy, którzy ukryli się na wysepkach przez atakiem koczowniczego plemiona Hunów. Dla nich woda okazała się ratunkiem, a miało to miejsce w V wieku n.e.

Współczesna Wenecja to miasto położone na ponad 100 wyspach, posiadające 170 kanałów liczących 100 kilometrów, oraz ponad 400 mostów i kładek. 

Żałuję, że nie zostaliśmy w Wenecji na noc – ponoć dopiero wtedy można poczuć ten jej wyjątkowy klimat. Dlaczego zostaliśmy takimi „jednodniowymi turystami”? Cóż… ze względu na budżet. Noclegi w Wenecji są koszmarnie drogie – przynajmniej jak na nasze możliwości. Zdecydowaliśmy się na nocleg w oddalonym od Wenecji o 50 km Pontecasale. Obiekt Casa Sansovino – ładny, schludny, niedrogi – mogę zdecydowanie polecić.

Z samego rana wyruszyliśmy w kierunku miasta na wodzie. Samochód zostawiliśmy na parkingu zlokalizowanym na obrzeżach: Tronchetto Parking, a do samego centrum udaliśmy się kolejką.

Chyba nie znam osoby, która nie zachwyciłaby się Wenecją. Tym bardziej czułam się rozczarowana, ponieważ na „dzień dobry” miasto nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. „No nic” – pomyślałam – „ruszamy dalej”. Z każdym krokiem było jednak ładniej, ciekawiej… choć nie ukrywam, że Wenecja na niesamowicie podciągniętych kolorystycznie zdjęciach z internetu wyglądała dużo lepiej. Przyznam też, że nie trafiliśmy na wymarzoną pogodę – było pochmurno i siąpił deszcz. O ile lekki deszczyk nam nie przeszkadzał, to wiszące nad kanałami ciężki chmury powodowały, że woda wydawała się jakaś taka… szara, nijaka.

Zdecydowanym minusem miasta są tłumy turystów – czasami trzeba było się przeciskać przez wąskie uliczki. Ludzie byli wszędzie. Nie dało się uciec w boczny zaułek, by usłyszeć ciszę… ludzie byli chyba w każdym zakątku. Ponoć dlatego Wenecja po zmroku wydaje się inna, piękniejsza, bardziej tajemnicza – kiedy turyści znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a zamiast ich głosów da się słyszeć odgłos wody rozbijającej się o mury… My tego nie doświadczyliśmy.

W Wenecji trzeba się… zgubić!

Plusem miasta jest to, że nie trzeba konkretnego planu na zwiedzanie, a najpiękniejszą rzeczą, jaka może się Wam przytrafić, to zgubienie się w którymś z zaułków. Najlepiej jest snuć się spokojnie, zaglądając w każdy zakamarek. Kuszą sklepy z maskami i innymi dziełami weneckich rzemieślników, kuszą sklepy z lokalnymi przysmakami. Fajnie jest przystanąć na jednym z mostów i po prostu popatrzeć, jak kanałem przepływają gondole z zakochanymi parami, tramwaje wodne, wodne taksówki. Tak, w mieście nie ma ruchu kołowego, można spacerować lub skorzystać z oferty transportu wodnego.

Oczywiście, nikogo nie zaskoczę, że jakkolwiek byśmy nie przemierzali weneckich szlaków, musimy dojść do słynnego Placu Świętego Marka. To serce Wenecji.

Tutaj znajduje się Bazylika Świętego Marka, Pałac Dożów (to prawdziwa perła architektury) oraz charakterystyczna Dzwonnica Świętego Marka (niegdyś wykorzystywana jako wieża obserwacyjna, z której wypatrywano, czy przypadkiem nie nadciąga nieprzyjaciel)..

A czy wiecie, że pod Placem Świętego Marka znajduje się ukryty kanał? W XII wieku, gdy plac był powiększany, kanał rozdzielający dwie wysepki zabudowano kamieniem i cegłami. Nie zasypano go jednak i nadal znajduje się pod owym słynnym placem.

Kolejnym ważnym punktem na weneckim szlaku jest Most Rialto. Piękny, dumnie prezentujący się na tle Canale Grande… Mało kto zdaje sobie sprawę, że wokół tej pięknej budowli krąży legenda… legenda o diable.

Czy Most Rialto wybudował diabeł?

Legenda głosi, że diabeł odezwał się do murarza, któremu zlecono budowę mostu.

Diabeł obiecał dokonać tego dzieła za pracownika w zamian za to, że będzie mógł posiąść duszę pierwszej osoby, która po owym moście przejdzie. Murarz przystał na warunki. Niestety, pierwszą osobą, której stopa stanęła na moście, był syn murarza…

Weneckie czarownice oraz duchy

Mieszkańcy wierzą, że duchy zmarłych Wenecjan wychodzą z grobów każdego roku w Wigilię Bożego Narodzenia. Snują się po mieście, a ujrzeć mogą je tylko ci, których chrzest został niespodziewanie przerwany.

Mieszkańcy opowiadają również legendy o czarownicach porywających dzieci oraz potworach czyhających pod wodą na nieroztropnych mieszkańców oraz turystów. Tak, miasto na wodzie pełne jest legend…

Skąd w ogóle tyle strasznych opowieści dotyczących jednego skrawka ziemi? Otóż wszystko zaczęło się od Wyspy Śmierci…

Wyspa Śmierci

Wenecja doświadczana była przez zarazy wielokrotnie. Największą rzeź przyniosła w XIV wieku plaga dżumy. Śmierć czaiła się na każdym kroku, a jęki umierających przeszywały noc. Władze Wenecji podjęły decyzję o izolacji ciał oraz osób, dla których nie było już ratunku… Na cmentarzysko wybrano pobliską wyspę o nazwie Poveglia. To tam dogorywali Ci, których uleczyć się nie dało, to tam palono zwłoki już umarłych…
W 1793 roku epidemia dżumy znów dała o sobie znać i znów chorzy byli przetransportowywani na wyspę. Szpital dla chorych funkcjonował do roku 1805.
W 1922 roku na wyspie otwarto szpital psychiatryczny. Miejsce okazało się całkowicie nietrafionym wyborem, ponieważ… jak miejsce z taką historią miało pomóc w terapii? Chorzy słyszeli jęki duchów zmarłych osób, ba… widywali duchy. Po jakimś czasie okazało się, że miejsce to służyło nie leczeniu tych osób, ale eksperymentom na nich. Lekarz, który przyznał się do wykonywania eksperymentów na ludziach, nie wytrzymał presji i sam oszalał. Ostatecznie popełnił samobójstwo rzucając się z dzwonnicy, na której dokonywał eksperymentów na ludziach.
Obecnie istnieje zakaz zbliżania się do wyspy. Otoczona aurą grozy i strachu, stoi niezamieszkania, niewykorzystywana. Jednak jęki umierających, wrzaski cierpiących, ponoć dają się słyszeć po nocach niesione echem pomiędzy kanałami…

Kilka słów na koniec

Dobra, wystarczy tych legend, ponieważ nie chciałabym nikogo odstraszyć od nocy w Wenecji – nocy, na którą my się nie zdecydowaliśmy ze względów finansowych. Wiem, że raczej nie wraca się w to samo miejsce i raczej do Wenecji nie wrócimy, ale – jeśli ktoś z Was spędził noc w wodnym mieście – niech opisze w komentarzu swoje wrażenia.

Wenecja kusi i przyciąga, jednak aż za bardzo. Przeciskanie się między tłumami, próby rozpychania się wręcz łokciami, by dostać się do krawędzi przy Moście Rialto… to sprawia, że Wenecja kojarzy mi się bardziej z bazarkiem niż Miastem Zakochanych. Za dużo ludzi, zdecydowanie za dużo. A my byliśmy w październiku – strach zatem pomyśleć, co dzieje się tam w szczycie sezonu lub karnawale… Ponoć nawet mieszkańcy zaczęli się z Wenecji wyprowadzać – i to nie z powodu duchów, ale żywych… żywych, którzy nie dają spokojnie żyć.

4 myśli na “Wenecja – miasto zakochanych? Nie… miasto duchów i czarownic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj poprzedni wpis:
Jezioro Garda

Kiedy dotarliśmy na miejsce, widok na jezioro nas zaskoczył! Tego się nie spodziewaliśmy! Całe jezioro spowite było mgłą.

Zamknij