Jestem przewodnikiem po Wyspach Maltańskich, a swoją pracę licencjacką pisałam właśnie z prehistorii. Ruiny prehistorycznych budowli to mój konik, ale im dłużej się nimi zajmuję, tym bardziej widzę, że najciekawsze nie są same kamienie. Najciekawsi są ludzie, którzy je wznieśli.
Dlatego w tym artykule chciałabym przybliżyć Wam nie tylko same megalityczne konstrukcje, ale przede wszystkim społeczeństwo, które stało za ich powstaniem. Ludzi z ich codziennym życiem, pracą, rodzinami, wierzeniami, chorobami, lękami i nadziejami.
Ggantija znajduje się na płaskowyżu Xaghra na Gozo, około 130 metrów nad poziomem morza. Ta lokalizacja nie jest przypadkowym szczegółem. Wręcz przeciwnie – będzie bardzo ważna, kiedy zaczniemy mówić o tym, dlaczego prehistoryczni budowniczowie wybierali właśnie takie miejsca.
Gotowi na wirtualną podróż w czasie? Zabieram Was kilka tysięcy lat wstecz, do czasów, kiedy Gozo było domem dla społeczności prehistorycznych. Społeczności, które w pewnym momencie zaczęły budować konstrukcje megalityczne. Konstrukcje, które przetrwały ponad 5000 lat i których część możemy podziwiać do dziś.
Kim byli budowniczowie świątyń?
W tym wpisie nie chcę skupiać się wyłącznie na budowlach. O ich strukturze i architekturze pisałam już przy okazji tekstu o Muzeum Archeologicznym w Valletcie. Tutaj chciałabym pójść krok dalej i spojrzeć na ludzi.
Bo za kamieniami, za tym ogromnym wysiłkiem potrzebnym do zbudowania tak gigantycznych i złożonych konstrukcji, stoją konkretne społeczności. Ludzie, którzy pracowali, jedli, chorowali, opiekowali się dziećmi, troszczyli się o zmarłych i próbowali zrozumieć świat, w którym żyli.
Nie będziemy więc patrzeć tylko na ruiny. Spróbujemy wyobrazić sobie życie tych, którzy je stworzyli. Jak pracowali? Jak organizowali swoją wspólnotę? Jak rozumieli śmierć? Jak odnajdywali sens istnienia w świecie bez pisma, bez metalu, bez wygód, które dziś wydają nam się oczywiste?
Megalityczne budowle Malty i Gozo
Budowniczowie świątyń pozostawili po sobie około 30 stanowisk. Większość z nich to dziś jedynie pojedyncze bloki skalne, fragmenty murów albo ślady konstrukcji ukryte w krajobrazie. Kilka budowli zachowało się jednak w wyjątkowo dobrym stanie i to właśnie one stały się najbardziej znanym symbolem maltańskiej prehistorii.



Na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO wpisano obecnie siedem najważniejszych megalitycznych stanowisk: Ggantiję, wpisaną w 1980 roku, Hypogeum Ħal-Saflieni, również wpisane w 1980 roku, oraz Ħaġar Qim, Mnajdrę, Ta’ Ħaġrat, Skorbę i Tarxien, które dołączyły do listy w 1992 roku. Ich wyjątkowość wynika nie tylko z wieku, ale też z oryginalności, złożoności planu oraz umiejętności technicznych potrzebnych do ich zbudowania.
Nie dziwi więc, że wczesne badania archeologiczne na Malcie skupiały się głównie na największych i najbardziej spektakularnych świątyniach: Ħaġar Qim, Mnajdrze, Tarxien oraz Ggantiji na Gozo. Te miejsca są bez wątpienia niezwykłe i robią ogromne wrażenie. Mówią nam jednak przede wszystkim o architekturze, rytuałach i monumentalnej stronie życia.
Tymczasem prehistoria Malty i Gozo nie zaczyna się ani nie kończy na wielkich kamieniach. Aby naprawdę ją zrozumieć, trzeba spojrzeć szerzej: na mniejsze stanowiska, na krajobraz, na rolnictwo, na wodę, na pochówki i na codzienność.
Bo czy ludzie wybierali miejsca budowy świątyń przypadkowo? Czy po prostu stawiali je tam, gdzie akurat było miejsce? A może wybierali lokalizacje bardzo świadomie, zgodnie z logiką krajobrazu, dostępu do ziemi, wody, widoczności i komunikacji?
Do tego pytania jeszcze wrócimy.
Początek…
Historia zaczyna się od niewielkich grup osadników, którzy przybyli na Wyspy Maltańskie z Sycylii około osiem tysięcy lat temu. Przywieźli ze sobą rzeczy, które na zawsze zmieniły krajobraz wysp: udomowione zwierzęta, ziarna pszenicy i jęczmienia oraz prostą ceramikę.
Przez wiele stuleci żyli w jaskiniach i niewielkich osadach. Uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta i używali kamiennych narzędzi. Z czasem ich społeczności stawały się coraz lepiej zorganizowane. Około 3800 roku p.n.e. zaczęli budować ogromne kamienne konstrukcje – budowle, które do dziś należą do najstarszych wolnostojących monumentalnych struktur na świecie.
Typowy układ maltańskiej świątyni składa się z centralnego korytarza oraz kilku apsyd, czyli półkolistych pomieszczeń. Całość otoczona była murem zbudowanym z ogromnych kamieni. O samej strukturze budowli pisałam tutaj: Muzeum Archeologiczne w Valletcie cz.3 – megalityczne świątynie. Dziś spróbujmy wyobrazić sobie nie gotowy plan architektoniczny, tylko sam proces budowy.



Wyobraźmy sobie ludzi, którzy wycinali te kamienie. Ludzi, którzy je ciągnęli. Ludzi, którzy podnosili je i ustawiali na miejscu. To nie był weekendowy projekt jednej rodziny. To wymagało organizacji, planowania i koordynacji.
Ktoś musiał zdecydować, gdzie ciąć kamień. Ktoś musiał zorganizować transport. Ktoś musiał podzielić pracę. Ktoś musiał zadbać o jedzenie dla tych, którzy pracowali. Sama budowa mówi nam więc bardzo dużo o społeczeństwie: musiało być zdyscyplinowane, dobrze zorganizowane i zdolne do wspólnego działania przez długi czas.
Można powiedzieć, że była to praca niemal wojskowo uporządkowana – nie w sensie przemocy, ale w sensie dyscypliny, podziału obowiązków i wspólnego celu.
I tu pojawia się kolejne pytanie. Jeśli proces budowy był tak dobrze zorganizowany, co wiemy o samych ludziach? Kim byli? Jak żyli? Jak wyglądali? Co jedli? Czy chorowali? Czy się sobą opiekowali?
Tajemnica Xaghra Circle
W Centrum Interpretacyjnym Ggantija znajdują się artefakty odkryte na różnych stanowiskach wokół płaskowyżu Xaghra. Niektóre z nich pochodzą z miejsca zwanego Xaghra Circle (stanowisko nie jest udostępnione do zwiedzania).
Xaghra Circle nie była świątynią taką jak Ggantija. Był to duży podziemny kompleks grobowy – święte miejsce, w którym społeczność składała swoich zmarłych. Archeolodzy odkryli tam tysiące ludzkich kości, około 220 tysięcy fragmentów w sumie, a także ceramikę, paciorki, figurki i osobiste ozdoby.
To, co czyni Xaghra Circle tak ważnym, to właśnie ludzkie szczątki. Ggantija pokazuje nam monumentalną architekturę i rytuał. Xaghra Circle pozwala nam natomiast zbliżyć się do samych ludzi. Dzięki badaniom kości naukowcy mogli dowiedzieć się więcej o ich zdrowiu, diecie, pracy, chorobach, a nawet o tym, czy społeczność opiekowała się osobami słabszymi.
Badania prowadzone w Xaghra Circle pokazały również, że maltańskie świątynie były częścią większego, zamieszkanego krajobrazu. Krajobrazu, w którym obok miejsc rytualnych istniały domy, pola uprawne, miejsca pochówku i ścieżki łączące poszczególne części wyspy. Rytuał i codzienne życie nie były od siebie oddzielone. Przeciwnie – były głęboko ze sobą splecione.
Artefakty z Xaghra Circle
Przyjrzyjmy się kilku artefaktom. Uwagę przyciągają przede wszystkim figurki. Widać w nich nie tylko kontekst rytualny związany z życiem, śmiercią, płodnością i ciągłością wspólnoty. Widać też czas, cierpliwość i umiejętności.
Taka figurka opowiada nam historię społeczności, która miała przestrzeń na tworzenie sztuki. Ludzie mieli czas, aby doskonalić technikę, rzeźbić, zdobić i nadawać przedmiotom znaczenie wykraczające poza prostą funkcję praktyczną.



Gdyby żyli w ciągłym strachu przed wojną, gdyby ich codzienność była zdominowana przez walkę, prawdopodobnie nie poświęcaliby tyle energii na tworzenie tak starannie wykonanych przedmiotów. A to tylko jedna z wielu figurek znalezionych na stanowiskach archeologicznych Malty i Gozo.
To jedna z najbardziej fascynujących cech maltańskiej prehistorii: okres świątynny wydaje się okresem stosunkowo pokojowym. Nie mamy fortyfikacji. Nie znaleziono broni, która sugerowałaby stałe konflikty. Nie ma grotów włóczni ani wyraźnych śladów ciągłej wojny.
Dużo mówią nam także naczynia ceramiczne. Niektóre z nich były prostymi, praktycznymi miskami używanymi do przygotowywania jedzenia albo przechowywania płynów. Inne były bogato zdobione. Różnorodność kształtów pokazuje, że ludzie wykonywali różne typy pojemników do różnych potrzeb.
Dekorowana ceramika wymagała czasu, cierpliwości i doświadczenia. To ponownie pokazuje społeczność, która posiadała wykwalifikowane rzemiosło i poczucie estetyki. Szczególnie ciekawa jest obecność cedzaków, ponieważ należą one do rzadkich znalezisk w neolitycznej Malcie. Jeden z nich odkryto obok ceremonialnej kamiennej misy, co może sugerować wykorzystanie rytualne, być może do skrapiania płynami podczas ceremonii pogrzebowych.
W sumie ceramika z Xaghra Circle pokazuje ludzi prowadzących zorganizowane życie codzienne, ceniących piękno i wykonujących złożone rytuały związane ze śmiercią oraz przodkami.
Społeczność okresu świątynnego prawdopodobnie traktowała śmierć nie jako ostateczny koniec, ale jako przejście. Zmarłych składano z miskami, naszyjnikami, muszlami i narzędziami. Przedmioty te musiały mieć znaczenie w wyobrażeniach o dalszej drodze zmarłego albo o więzi między żywymi i przodkami.
Ci ludzie nie zostawili nam pisma, ale ich zachowanie mówi bardzo dużo. Wielokrotnie wracali do miejsc pochówku. Składali ofiary. Troszczyli się o kości zmarłych. Wszystko to sugeruje, że więź z przodkami była ważną częścią ich świata.
Koniec epoki świątynnej?
Okres świątynny zakończył się około 2500 roku p.n.e. Dlaczego? Co się stało? To pytanie od dawna intryguje badaczy. I właśnie tutaj pojawia się projekt FRAGSUS.
FRAGSUS był dużym projektem archeologicznym prowadzonym przez Uniwersytet Cambridge we współpracy z Uniwersytetem Maltańskim i szerokim międzynarodowym zespołem specjalistów. Główną kierowniczką projektu była prof. Caroline Malone, a jednym z kluczowych maltańskich partnerów był prof. Nicholas Vella z Uniwersytetu Maltańskiego.
Projekt trwał od 2013 do 2018 roku. W tym czasie badano jedne z najważniejszych prehistorycznych miejsc na Wyspach Maltańskich, w tym Ggantiję i Santa Vernę na płaskowyżu Xaghra. Zespół analizował również kości z Xaghra Circle.
Celem było lepsze zrozumienie, jak wczesne społeczności żyły, uprawiały ziemię i przystosowywały się do zmieniającego się środowiska. Badania pomogły też spojrzeć inaczej na koniec epoki budowniczych świątyń.
Przez długi czas wyobrażano sobie, że okres świątynny zakończył się nagle. Może przez najazd. Może przez katastrofę. Może przez wybuch wulkanu albo inne gwałtowne wydarzenie. Jednak wyniki badań FRAGSUS pokazują bardziej złożony i bardziej ludzki obraz.
Nie znaleziono masowych grobów świadczących o nagłej zagładzie. Nie ma dowodów na masowe opuszczenie wysp. Nie ma też dowodów na to, że cała populacja przeniosła się gdzieś indziej. Coraz częściej mówi się raczej o powolnej zmianie, która narastała przez pokolenia.
Naukowcy badali glebę, pyłki, kości zwierzęce i szczątki ludzkie. Odkryli, że ludzie okresu świątynnego byli bardzo dobrymi rolnikami, ale ziemia, na której żyli, była delikatna. Przez stulecia pola były intensywnie użytkowane. Drzewa wycinano na opał. Gleba stawała się coraz cieńsza, a erozja coraz silniejsza.
Innymi słowy, społeczność się rozwijała, ale ziemia stopniowo się męczyła.
Warunki klimatyczne również mogły się pogarszać, co utrudniało uprawę żywności w niektórych sezonach. Kości ludzkie z późniejszych faz pokazują więcej oznak stresu. Więcej dzieci umierało. Widoczne były również ślady problemów żywieniowych. To nie był nagły koniec, ale długi proces osłabienia społeczności, która musiała mierzyć się z coraz trudniejszym środowiskiem.
W tym samym czasie Malta i Gozo nie były odizolowane. Badania genetyczne późniejszych pochówków wskazują na napływ nowych grup. Przybysze przynosili nowe umiejętności, nowe tradycje, być może także nowe choroby. Z czasem różne społeczności mieszały się ze sobą, a dawny system społeczny powoli tracił znaczenie.
Koniec okresu świątynnego nie był więc prostym upadkiem. Był raczej przejściem. Ostatecznie grupy epoki brązu stały się dominujące, a era wielkich świątyń dobiegła końca.
Osobom zainteresowanym tym tematem warto polecić film „Sacred Sites”, zrealizowany we współpracy z Malta Tourism Authority, Heritage Malta i Caroline Malone. Pokazuje on jeden z możliwych scenariuszy tych wydarzeń i jest dostępny na YouTube.
Legendy wokół Ggantiji
Legendy wokół Ggantiji powstały dlatego, że ludzie przez wieki nie potrafili sobie wyobrazić, jak tak ogromne kamienie mogły zostać przeniesione i ustawione przez człowieka. Dlatego tłumaczyli to miejsce opowieściami o gigantach i nadzwyczajnej sile.
Sama nazwa Ggantija pochodzi od maltańskiego słowa oznaczającego olbrzyma. Według ludowych przekazów świątynię miała wznieść gigantka, która potrafiła przenosić ogromne głazy z łatwością niedostępną zwykłym ludziom.
Te legendy są piękne, ale pokazują też coś ważnego: przez długi czas najbardziej widoczne monumenty całkowicie zdominowały wyobraźnię ludzi. Prehistoryczna Malta kojarzyła się głównie z gigantycznymi kamieniami, tajemnicą i czymś niemal nadprzyrodzonym.



Współczesna archeologia pokazuje jednak obraz znacznie bogatszy. Mniejsze i mniej efektowne stanowiska, takie jak Santa Verna, Ta’ Marziena czy L-Imramma, są równie ważne dla zrozumienia codziennego życia, praktyk społecznych i rozwoju tradycji megalitycznych.
Legendy koncentrowały się na wielkości. Nauka próbuje dziś odnaleźć społeczną historię ukrytą za kamieniami.
Prehistoryczna dieta
Dziś, kiedy jesteśmy głodni, otwieramy lodówkę albo zatrzymujemy się w sklepie. Pięć tysięcy lat temu każdy posiłek zaczynał się dużo wcześniej – na polu, przy zwierzętach, przy żarnach, przy ogniu.
Jedzenie mogło składać się z produktów, które brzmią dla nas znajomo: zboża, mleko, ser, rośliny strączkowe, figi, zioła, trochę mięsa. Różnica polegała na tym, że wszystko wymagało ogromnego wysiłku.
W Centrum Interpretacyjnym Ggantija można zobaczyć ciekawą instalację: lodówkę ze współczesnymi obrazami kartonów mleka, paczek mięsa, warzyw, oliwek i zbóż. Te produkty wyglądają znajomo, ale właśnie o to chodzi. Składniki mogły być podobne, jednak praca stojąca za nimi była zupełnie inna.
Nie było dojarki – były ręce. Nie było traktora – były proste narzędzia. Nie było lodówki – były chłodne jaskinie, które mogły służyć do krótkotrwałego przechowywania. Nie było gotowych przepisów zapisanych na papierze, bo pismo jeszcze tu nie istniało. Archeologia dała nam jednak składniki: kości zwierząt, nasiona i próbki gleby.
Ludzie, którzy zbudowali Ggantiję, byli przede wszystkim rolnikami. Nie polowali, bo na wyspach było niewiele dzikich zwierząt. Co ciekawe, jedli też bardzo mało ryb, choć żyli na wyspie. Badania FRAGSUS potwierdzają, że ich dieta była głównie lądowa.



Możemy więc wyobrazić sobie jęczmień, pszenicę, soczewicę, mleko, ser, figi, zioła i niewielkie ilości mięsa. Hodowano zwierzęta nie tylko dla mięsa, ale również dla mleka, wełny i innych produktów. Szczególnie ważne były kozy, bo dobrze radzą sobie w suchym środowisku i dają mleko nawet w trudniejszych warunkach.
W Ggantiji znaleziono naczynia kuchenne, ale trzeba pamiętać, że nie oznacza to codziennego życia domowego w samej świątyni. Większość badaczy interpretuje takie naczynia jako element praktyk rytualnych. Mogły służyć podczas uczt, ceremonii, ofiar albo zgromadzeń społeczności.
Ggantija była częścią szerszego krajobrazu ceremonialnego, w którym wspólne jedzenie mogło odgrywać ważną rolę społeczną. Uczta nie była tylko posiłkiem. Mogła wzmacniać więzi, podkreślać przynależność i łączyć codzienność z rytuałem.
Narzędzia i materiały
W neolicie nie było jeszcze metalu, więc ludzie pracowali z tym, co dawała im natura: kamieniem, kością, muszlami i drewnem. Byli jednak niezwykle pomysłowi w wykorzystywaniu tych materiałów.
Twardych kamieni używano do cięższych prac, na przykład do wykonywania siekier. Ostrzejsze materiały, takie jak obsydian i krzemień, służyły do cięcia. Obsydian sprowadzano z Wysp Liparyjskich i Pantellerii, a krzemień z Sycylii.
To bardzo ważna informacja. Pokazuje, że choć Gozo jest małe, jego mieszkańcy nie byli odizolowani. Utrzymywali kontakty zamorskie, wymieniali materiały i uczestniczyli w szerszej sieci powiązań śródziemnomorskich.
Już na podstawie tych niewielkich przedmiotów widzimy społeczeństwo praktyczne, inteligentne i połączone ze światem wokół siebie.


Jak ubierali się ludzie neolitu?
Tkaniny i skóra prawie wprawdzie nie przetrwają kilku tysięcy lat, ale archeologia zostawia nam drobne wskazówki: kościane igły, muszlowe guziki, zawieszki, paciorki i figurki.
Wiele figurek przedstawia ludzi noszących spódnice, zwykle do kolan. Niektóre są proste, inne zdobione plisami. Są też wizerunki postaci w szatach z mankietami przy nadgarstkach. Jak na pięć tysięcy lat temu, wygląda to zaskakująco stylowo.
Ubranie nie było więc tylko praktycznym przykryciem ciała. Mogło wyrażać tożsamość, gust, status albo rolę społeczną. Tak jak dzisiaj, wygląd mówił coś o człowieku.



Ozdoby, ciało i piękno
Ludzi grzebano z zawieszkami, paciorkami i przedmiotami dekoracyjnymi. To pokazuje, że dbali o wygląd i przywiązywali wagę do piękna. Niektóre przedmioty mają maleńkie wywiercone otwory, co sugeruje, że mogły być przyszywane do tkaniny, noszone jako zawieszki albo używane jako guziki. Inne mogły pełnić funkcję bransolet.
Taka kolekcja mówi nam dużo o społeczeństwie, które inwestowało czas i umiejętności w tworzenie przedmiotów ozdobnych. Nawet w podróży pozagrobowej ludzie zabierali ze sobą rzeczy związane z ciałem, wyglądem i tożsamością.
Nawet fryzury znamy dzięki figurkom. Najczęściej pojawia się krótki bob, ale są też przykłady długich włosów związanych z tyłu albo zaplecionych. Niektóre figurki mają grzywki, inne loki. Włosy, tak jak dzisiaj, były częścią wyglądu i tożsamości. Nawet pięć tysięcy lat temu ludzie chcieli dobrze wyglądać.
Zdrowie i choroby
Choroby towarzyszą człowiekowi od zawsze. Dzięki kościom z Xaghra Circle możemy dowiedzieć się więcej o urazach, infekcjach i codziennych trudnościach ludzi prehistorii.
Jednym z przykładów jest wykręcona kość udowa, która sprawiała, że kolana i stopy osoby kierowały się do środka. U dziecka nie musiało to powodować bólu, ale u dorosłego mogło utrudniać chodzenie i prowadzić do dyskomfortu. Najważniejsze jest jednak to, że ta osoba żyła z tym schorzeniem przez wiele lat.
W małej społeczności rolniczej każdy miał swoje obowiązki. Jeśli osoba z takim problemem przeżyła, oznacza to, że była wspierana, chroniona i włączona w życie grupy. To nie jest tylko medyczny szczegół. To ślad troski.



Inny przykład to ropnie zębowe. Jedna z osób straciła wiele zębów, a pozostałe były bardzo mocno starte. Miała także bolesne infekcje. A jednak żyła wystarczająco długo, aby choroba zostawiła ślady na kości. Nie została porzucona. Była częścią wspólnoty.
Kolejny przypadek to infekcja kości w okolicy żeber. Dziś leczylibyśmy ją antybiotykami, ale wtedy takie leczenie nie istniało. Infekcja powodowała ból, gorączkę i osłabienie. Mimo to osoba przeżyła wystarczająco długo, aby zmiany stały się widoczne w szkielecie. To znowu sugeruje opiekę i empatię.
Szczególnie poruszający jest przykład dziecka w wieku od 8 do 13 lat z rozszczepem kręgosłupa. Taka wada mogła wpływać na kręgosłup, nerwy i ruch nóg. Najważniejsze jest jednak to, że dziecko przeżyło przez pewien czas. Ktoś je karmił. Ktoś je chronił. Ktoś musiał się nim opiekować.
To jeden z najpiękniejszych śladów człowieczeństwa w prehistorii.
Jak długo żyli prehistoryczni ludzie?
Kiedy mówimy o neolicie, wiele osób wyobraża sobie, że wszyscy umierali bardzo młodo. Rzeczywistość była bardziej złożona.
Dzieciństwo było bardzo niebezpieczne. Wiele dzieci umierało w pierwszych latach życia z powodu chorób, infekcji, wypadków albo nawet wysokiej gorączki. Jeśli jednak dziecko przeżyło ten trudny początek, jego szanse na dłuższe życie znacznie rosły.
Wielu dorosłych mogło dożywać czterdziestu albo pięćdziesięciu lat. Niektórzy osiągali nawet sześćdziesiąt albo siedemdziesiąt lat, co w tamtych czasach oznaczało naprawdę zaawansowany i zapewne szanowany wiek.
Archeolodzy odczytują to z kości. Nie było aktów urodzenia ani metryk, więc trzeba pozwolić mówić szkieletom. Zużycie stawów, zębów i kości pokazuje długie lata pracy fizycznej. Schorzenia związane z wiekiem, takie jak osteoporoza, również wskazują, że część ludzi dożywała starości.
Prawdziwa historia jest więc taka: neolityczna Malta była trudnym światem, ale niekoniecznie światem bardzo krótkiego życia. Dzieciństwo było ryzykowne, lecz dorosłość mogła być długa, pracowita i pełna doświadczeń.
W muzeum spotykamy więc ludzi prehistorycznych nie tylko jako budowniczych świątyń. Spotykamy ich jako prawdziwe jednostki. Ludzi, którzy się ubierali, ozdabiali, układali włosy, importowali materiały, chorowali i opiekowali się sobą nawzajem. Tu właśnie zaczyna się ludzka strona prehistorii.
Ggantija – jedna z najstarszych megalitycznych budowli
Przez długi czas archeolodzy patrzyli przede wszystkim na świątynie jako monumentalne budowle. Fascynował ich rozmiar, plan i technika wykonania. Próbowali zrozumieć, jak przenoszono ogromne kamienie i jakie rytuały odbywały się wewnątrz.
Ale historia prehistorii Malty nie zaczyna się i nie kończy na świątyniach. Skupianie się wyłącznie na kamieniach jest trochę jak patrzenie na scenę bez poznania aktorów.
Wyobraźmy sobie, że żyjemy tutaj pięć tysięcy lat temu. Kiedy patrzymy na krajobraz Gozo, widzimy właściwie te same podstawowe kształty: wzgórza, doliny, równiny, krawędzie płaskowyżów i morze w oddali. Poziom morza zmienił się od tamtego czasu tylko nieznacznie, a poza pewnymi zmianami w zatokach i osadach mułu wyspy zachowały podobny zarys.
Kiedy więc czytamy dzisiejszy krajobraz, w pewnym sensie czytamy także ich świat.
Jedno z najważniejszych pytań brzmi: dlaczego ludzie wybierali dokładnie te miejsca na swoje budowle megalityczne?
Kiedy przyglądamy się rozmieszczeniu świątyń, widać pewien schemat. Wiele z nich znajduje się przy dolinach albo na ich krawędziach. Ma to sens. Doliny miały głębszą i żyźniejszą glebę. Były stosunkowo łatwe do uprawy. Stanowiły więc serce produkcji żywności i naturalne spiżarnie wysp.



Nie można też zapominać o wodzie. Na skalistej wyspie woda jest zasobem bezcennym. Megalityczne struktury często budowano w pobliżu naturalnych źródeł, sezonowych cieków albo żyznych dolin, gdzie po deszczu zbierała się wilgoć.
Niektórzy badacze sugerują, że woda mogła mieć również znaczenie symboliczne. Budowanie świątyni w pobliżu źródeł i żyznych terenów sprawiało, że sam krajobraz stawał się częścią rytuału.
Inną ciekawą kwestią jest relacja świątyń z morzem. Większość nie jest zwrócona bezpośrednio ku morzu, ale wiele stanowisk znajduje się w miejscach związanych z naturalnymi korytarzami ruchu – trasami łączącymi równiny z wybrzeżem. To pokazuje, że ruch, kontakt i komunikacja były bardzo ważne.
Dziś wiemy, że w późnym neolicie mieszkańcy Malty i Gozo mieli więcej kontaktów ze światem zewnętrznym, niż dawniej sądzono, szczególnie z Sycylią. Egzotyczne materiały znajdujemy zarówno na Malcie, jak i na Gozo, co sugeruje, że różne społeczności mogły uczestniczyć w kontaktach zamorskich.
Podróż morska była też kluczowa dla przemieszczania się między Maltą a Gozo. Podobieństwo architektury, ceramiki i rytuałów na różnych stanowiskach wskazuje na regularne kontakty. Taki poziom podobieństwa nie pojawia się, jeśli grupy żyją zupełnie oddzielnie.
Świątynie nie były więc samotnymi konstrukcjami ustawionymi przypadkowo w krajobrazie. Były związane z jedzeniem, wodą, ruchem, komunikacją i tożsamością. Stały na granicy codziennego i duchowego życia.
Wejście do takiej budowli musiało być jak wkroczenie do odrębnego świata. Wyobraźmy sobie rytuał: dźwięk, cień, ruch, zapach ognia, głosy ludzi, zaokrąglone ściany i wąskie przejścia. Te przestrzenie nie były tylko funkcjonalne. Miały wywoływać doświadczenie.



Znaleziska archeologiczne, takie jak paleniska, figurki i ceramika rytualna, pokazują, że mogły odbywać się tu uczty i ceremonie. Ważne jest jednak również to, czego w Ggantiji nie znaleziono: zwykłego życia domowego. Ludzie nie mieszkali tu na co dzień. Nie gotowali tutaj codziennych posiłków dla rodziny.
I tak dochodzimy do jednego z największych pytań maltańskiej prehistorii: gdzie mieszkali budowniczowie świątyń?
Przez długi czas brakowało śladów domów. Jakby cała społeczność zniknęła z krajobrazu, zostawiając jedynie świątynie i grobowce. Dopiero pod koniec lat 80. XX wieku w Ghajnsielem, niedaleko dzisiejszego terminala promowego na Gozo, archeolodzy odkryli pozostałości dwóch niewielkich chat.
Były to proste, skromne domy. Nie przypominały wielkich świątyń, ale były starannie zbudowane i wyraźnie zamieszkane. Wykonano je z lżejszych, mniej trwałych materiałów, dlatego prawie wszystkie ślady domostw zniknęły.
Budowniczowie świątyń nie musieli mieszkać daleko ani w tajemniczych miejscach. Mieszkali prawdopodobnie w prostych domach, które były częścią tego samego krajobrazu. Niestety, ich wioski prawie się nie zachowały.
Santa Verna – początek prehistorii świątynnej
Santa Verna leży również na płaskowyżu Xaghra, około kilometra od Ggantiji. I choć dziś wygląda bardzo skromnie, symbolicznie stoi u samych początków historii Gozo.
Ggantija reprezentuje szczyt kultury świątynnej: monumentalną architekturę, zorganizowany rytuał i silną zbiorową tożsamość. Santa Verna pokazuje coś wcześniejszego: początki osadnictwa, życie domowe, rolnictwo i pierwsze próby ułożenia sobie życia na nowej ziemi.
Można pomyśleć o tych dwóch miejscach jak o dialogu. Ggantija pokazuje rezultat. Santa Verna pokazuje początki.
Wykopaliska prowadzone w Santa Verna pokazały, że ludzie mieszkali w tym miejscu ponad tysiąc lat przed zbudowaniem Ggantiji. Pod późniejszą konstrukcją megalityczną odkryto ślady bardzo wczesnej osady sięgającej szóstego tysiąclecia p.n.e. To oznacza, że właśnie tutaj mieszkały jedne z pierwszych rodzin rolniczych na Wyspach Maltańskich.
Budowali proste domostwa, hodowali zwierzęta i uprawiali ziemię. Dopiero później, w tym samym miejscu, powstała konstrukcja megalityczna. Dlatego Santa Verna jest jak archeologiczna kanapka: warstwa po warstwie opowiada historię od najwcześniejszych początków aż po okres świątynny.
Świątynia, której ruiny widzimy dzisiaj, powstała później. Tylko kilka kamieni zachowało się w pierwotnym położeniu, ale dzięki wykopaliskom archeolodzy byli w stanie odtworzyć ogólny zarys konstrukcji.
Santa Verna zaczęła prawdopodobnie jako budowla trójapsydowa około 3800 roku p.n.e. Około 3300 roku p.n.e. została rozbudowana i przyjęła formę pięcioapsydowej konstrukcji megalitycznej, podobnej skalą i orientacją do pobliskiej Ggantiji.



Wyobraźmy sobie to miejsce pięć tysięcy lat temu. Nie było dzisiejszej zabudowy. Płaskowyż był otwarty. Społeczność miała widok na żyzną równinę poniżej, na pola, na ścieżki i na odległe fragmenty morza. Ludzie prehistoryczni byli bardzo wrażliwi na krajobraz. Wczesne świątynie budowano tam, gdzie życie codzienne i rytualne mogły się spotykać.
Na tym polega niezwykłość Santa Verna. To miejsce opowiada o początkach osadnictwa, rolnictwa i architektury rytualnej, która później uczyniła Maltę sławną.
Santa Verna przypomina nam, że historia nie zaczęła się od wielkich świątyń. Zaczęła się od zwykłych ludzi próbujących żyć na nowej ziemi.
Stanowiska megalityczne na Gozo
Choć najwięcej mówi się o Ggantiji, na Gozo stanowisk z okresu świątynnego było więcej. I to właśnie one pomagają zrozumieć, dlaczego kultura świątynna tak mocno zakorzeniła się na wyspach maltańskich oraz dlaczego tutejsze budowle są tak wyjątkowe, że nigdzie indziej na świecie (zgodnie z obecną wiedzą) nie znajdujemy dokładnie takich samych monumentów.
Spacerując po płaskowyżu Xaghra, warto rozejrzeć się wokół. W pobliżu Santa Verny rozciąga się widok na dolinę, a w oddali można dostrzec przebłyski morza. Dla ludzi prehistorycznych to również miało znaczenie.
Morze oznaczało kontakt z Sycylią i dalszym światem, ale też przypominało o izolacji. Mieszkańcy Gozo byli wyspiarzami żyjącymi w ograniczonej przestrzeni, w której każdy fragment gleby i każde źródło wody miały znaczenie. To poczucie ograniczonego świata kształtowało kulturę ostrożną, współpracującą i głęboko przywiązaną do miejsca.
Rytuały, rolnictwo i krajobraz były ze sobą połączone. Poprzez architekturę, ceremonię i wykorzystanie przestrzeni ludzie kształtowali własny świat, odmienny od świata ich sycylijskich i włoskich sąsiadów, mimo ciągłych kontaktów i wymiany. Jakby każdy nowy monument mówił: należymy tutaj.
Badacze tacy jak Reuben Grima i Tore Lomsdalen zwracali uwagę, że maltańskie świątynie funkcjonowały w sieci powiązań. Wystarczy zatrzymać się na krawędzi płaskowyżu i spojrzeć w dal.
Widzimy Xewkiję, gdzie kiedyś znajdowało się stanowisko megalityczne. Dalej, na przeciwległym płaskowyżu, leży Sannat, a w pobliżu klifów Ta’ Cenc znajdowało się stanowisko L-Imramma, z którego dziś zostały tylko ubogie pozostałości. W stronę Victorii, na obrzeżach dzisiejszego miasta, zachowały się pozostałości Ta’ Marziena.
Lomsdalen podkreśla, że wiele świątyń budowano w miejscach, z których mogły być widoczne inne stanowiska. Jeśli stoimy na jednym płaskowyżu, inny monument pojawia się w oddali. Nie musiał to być przypadek.



Budowniczowie mogli wybierać miejsca o dobrej widoczności, tak aby świątynie tworzyły rodzaj sieci na całej wyspie. Pomagało to ludziom czuć się połączonymi, nawet jeśli mieszkali w różnych dolinach. Cały krajobraz stawał się wtedy jedną wspólną przestrzenią sakralną.
Dlaczego małe stanowiska są ważne?
Jeśli rozejrzymy się dziś po Santa Verna, można pomyśleć: kilka kamieni w trawie. Nic wielkiego. Ale właśnie takie miejsca kryją jedne z najgłębszych historii całego Gozo.
Santa Verna stoi na tym samym płaskowyżu, z którego ludzie patrzyli na morze, uprawiali pola i powoli tworzyli początki maltańskiej kultury świątynnej. Zanim po drugiej stronie wzgórza powstała Ggantija, życie zaczęło się właśnie tutaj.
Datowanie radiowęglowe z Santa Verna pomogło archeologom lepiej zrozumieć chronologię osadnictwa na Gozo i Malcie. Bez tego miejsca trudniej byłoby pojąć, jak wcześnie ludzie zaczęli żyć na wyspie, jak szybko przystosowali się do środowiska i jak z prostych wspólnot rolniczych rozwinęła się kultura zdolna do budowy wielkich świątyń.
Takie stanowiska są mniej widowiskowe, ale niezwykle ważne. Wielkie świątynie pokazują szczyt. Małe stanowiska pokazują proces.
Wyzwania
Stojąc przy Santa Verna, łatwo poczuć spokój. Zwykle nie ma tu tłumów. Nie ma wielkiej infrastruktury. Nie ma kas biletowych ani szerokiej ścieżki turystycznej. I właśnie dlatego takie miejsca przetrwały.
Paradoksalnie brak odwiedzających je ochronił.
Małe stanowiska prehistoryczne Gozo są kruche w każdy możliwy sposób. Niektóre znajdują się na prywatnej ziemi. Często brakuje ścieżek, znaków i zabezpieczeń. Gęsta roślinność ukrywa to, co jeszcze zostało. Deszcz powoli wymywa glebę. Jeden przesunięty kamień może naruszyć ostatnie zachowane ślady prehistorycznej podłogi.
Tylko niewielkie fragmenty wielu takich miejsc zostały kiedykolwiek przebadane archeologicznie. Oznacza to, że ogromna część historii wciąż leży pod ziemią – nieprzebadana, niezabezpieczona i czekająca na przyszłe pokolenia badaczy.
Dlatego ochrona takich stanowisk jest tak ważna. Nie chodzi tylko o kilka kamieni. Chodzi o możliwość dalszego czytania historii.
Bo choć wiemy już dużo, nadal wiele pozostaje do odkrycia. Życie ludzi prehistorycznych nie polegało przecież na budowaniu świątyń przez 24 godziny na dobę. Była codzienność. Była praca na polu. Było zdobywanie jedzenia. Była troska o zwierzęta. Były choroby, susza, zmęczenie i konieczność planowania.
Gleba była cienka. Deszcz niepewny. Pola łatwo się wyczerpywały. Rodziny musiały myśleć z wyprzedzeniem, mądrze uprawiać ziemię i dbać o każdy jej fragment. Jeden błąd na tak małej wyspie mógł mieć długotrwałe konsekwencje.
Kiedy patrzymy na megality nie tylko jak na ruiny, ale jak na część żywego krajobrazu ukształtowanego przez klimat, jedzenie, wodę i ludzką odporność, historia staje się pełniejsza.
Nawet po ponad wieku badań nie wszystkie tajemnice zostały rozwiązane. Jak dokładnie koordynowano budowę świątyń? Co działo się w ich wnętrzu? Jak społeczności podejmowały decyzje? Gdzie dokładnie mieszkali ludzie? Jak wyglądały ich wioski?
Jeśli będziemy troszczyć się o te miejsca mądrze, przyszłe pokolenia archeologów będą mogły przynieść nowe odpowiedzi dzięki lepszym narzędziom, nowym metodom i świeżemu spojrzeniu.
Ggantija i Santa Verna opowiadają razem jedną historię. Historię o tym, jak zwykli ludzie, dzięki wspólnemu wysiłkowi, organizacji i wyobraźni, stworzyli niezwykłe monumenty, które wciąż przemawiają do nas po tysiącach lat.
Ale ich dziedzictwo to nie tylko kamienie. To także pytanie o naszą własną relację z ziemią. O to, jak budujemy. Jak pamiętamy. Jak wykorzystujemy środowisko. I jak troszczymy się o to, co nas otacza.
Mam nadzieję, że ten artykuł dał Wam nie tylko obraz prehistorycznych ruin, ale też poczucie więzi z ludźmi, którzy jako jedni z pierwszych nazwali Maltę i Gozo swoim domem.
Podobne wpisy
Odkrywając Sofię – co warto zobaczyć w stolicy Bułgarii?
Rejs: Ateny – Rodos – Kusadasi – Santorini
Portugalska produkcja z korka, czyli od Dom Perignon po torebki i kapcie