Do Szwajcarii pojechaliśmy zaproszeni przez przyjaciół, którzy osiedlili się w Lugano. Lot mieliśmy z Malty do Zurychu, a dalszą podróż odbyliśmy pociągiem. Z ciekawostek: bilet kolejowy można kupić w automacie na dworcu, jednak my skorzystaliśmy z bardzo przystępnej aplikacji Omio, dzięki czemu ostateczna cena była prawie o połowę niższa. Za bilet w dwie strony zapłaciliśmy 105 franków za osobę. Czas przejazdu w jedną stronę to 2 godziny. Pociagi są punktualne, ciche i szybkie. Po drodze mijaliśmy Alpy, podziwialiśmy krajobrazy za oknem (o ile nie wjechaliśmy akurat w tunel) i podróż zleciała nie wiadomo kiedy.
Jakie jest Lugano?
W Szwacjarii spędziliśmy tydzień. Lugano to miejsce, które zachwyca. To miejsce, gdzie jakimś cudem udało się pogodzić szwajcarski ład z włoskim stylem życia. Na każdym kroku dało się poczuć urok typowo włoskich miasteczek, ale też zauważyć istnienie w portfelach szwajcarskiego franka. Sportowe samochody na podjazdach kolorowych, klimatycznych domków, uśmiechnięci ludzie, którzy witają się na każdym kroku, w sumie to nie spiesząc się nigdzie… I sklep Prady czy Louis Vuitton. Okazuje się, że to wszystko może tworzyć naprawdę wyjątkową i ciekawą mieszankę.
Co warto zobaczyć będąc w Lugano?
Tak naprawdę, to bardzo wiele. Teren otoczony jest górami, stanowi zatem raj dla miłośników pieszych wędrówek. Tak naprawdę, nie mogliśmy się zdecydować, które szczyty zdobyć podczas naszego pobytu. Szlaki turystyczne są dobrze oznaczone. Dookoła jeziora Lugano rozsiane są małe, klimatyczne miasteczka, a każde z nich niezwykle urokliwe. Powiemy Wam, co my zobaczyliśmy, choć można tam spędzić zdecydowanie więcej czasu i zobaczyć jeszcze więcej.
Samo miasto Lugano usytuowane jest w niecce pomiędzy masywami trzech gór: Monte Bre, Monte San Salvatore oraz Monte Sighignola. Położone niezwykle malowniczo tuż przy jeziorze Lugano, jest największym, włoskojęzycznym miastem Szwajcarii. Niegdyś utrzymujące się z rolnictwa i rybołówstwa, obecnie stanowi jedno z ważniejszych centrów handlowych kraju. Liczne banki zapewniają miastu miejsce na podium jeśli chodzi o szwajcarską bankowość, a łagodny klimat czyni je dodatkowo ważnym kurortem i sprzyja rozwojowi turystyki w tym regionie.
Po mieście warto po prostu pospacerować. My na zwiedzanie Lugano poświęciliśmy najbardziej deszczowy dzień, jaki przypadł na czas naszego pobytu. Cóż, po górach wspinać się w deszczu byłoby średnio przyjemnie, zaś podczas spaceru promenadą krople deszczu nie przeszkadzały nam w ogóle.



Promenada doprowadziła nas do niewielkiego parku z maleńką plażą. Cały czas towarzyszył nam widok na zamglone szczyty gór.



Warto nieco zboczyć z promenady i wejść na handlową ulicę miasteczka. Oczywiście, nikogo nie zdziwi fakt, że witryny okienne to istny pokaz dzieł znanych projektantów, z niebotycznymi cenami. No, ale zawiesić oko zawsze można.



Im dalej od ścisłego centrum, tym okolice bardziej wyludnione, sielskie. Takie, jak lubimy. Brukowane uliczki, zielone łąki, świeże powietrze łechtające nasze nozdrza. Postanowiliśmy wrócić piechotą i napawać się widokami. Deszcz już przestał padać, więc spacer był tym bardziej przyjemny.



Na samo miasto jeden dzień w zupełności wystarcza, o ile oczywiście nie planuje się zakupów. Pozostałe dni pobytu spędziliśmy bardziej na łonie natury, zdobywając szczyty i odkrywając uroki turystycznych szlaków.
Góra Monte Bre
Określana jest jako najbardziej słoneczna góra w Szwajcarii. Wznosi się na wysokość 925 m n.p.m., a z jej szczytu rozciąga się niesamowity widok na zatokę Lugano. Nam towarzyszyła akurat mgła, ale i tak było cudnie.



Na górę można wjechać zabytkową kolejką, co jest ciekawym doświadczeniem samo w sobie. My skorzystaliśmy z tej opcji i nie chodzi tutaj o lenistwo – uwielbiamy chodzić! Kolejka pnie się dość stromo pod górę, a najciekawszy jest ostatni odcinek. Cała trasa podzielona jest na dwa etapy. Pierwszy to króciutki, kilkuminutowy przejazd. Nie trzeba na niego biletu. Po wyjściu z wagonika napotykamy kasę biletową, gdzie można kupić bilet na drugi odcinek. Drugi przejazd jest nieco dłuższy, trwa kilkanaście minut, a bilet na sam wjazd kosztuje 16 franków.



Na szczycie góry znajduje restauracja z panoramicznym widokiem na okolicę, gdzie można się posilić lub napić przeróżnych trunków, a można po prostu zrobić sobie kilka zdjęć i posiedzieć na zielonej trawie wpatrując się w taflę jeziora Lugano majaczącego w oddali. Zejść postanowiliśmy na piechotę. Trasa jest przyjemna, a towarzyszące po drodze widoki przecudne. Po drodze mijamy urokliwe miasteczko Bre, które wydaje się być wręcz senne. Cała trasa do Lugano zajmuje około 1,5 godziny.
Monte Sighignola
Na ten szczyt prowadzi dość kręta droga, którą można pokonać samochodem – do samego wierzchołka. Zostaliśmy tam wwiezieni przez przyjaciół, by z góry podziwiać zachód słońca. Szczyt góry nosi nazwę Balcone d’Italia, znajduje się już na włoskim terytorium i wznosi na wysokość 1314 m. n.p.m.



Gandria
To szwajcarskie miasteczko, w którym dominuje zdecydowanie włoski klimat. Osadzone u stóp góry Monte Bre, zachwyca swoim urokiem. Oto kilka ciekawostek o tym miejscu:
- W miasteczku obowiązuje zakaz poruszania się samochodami. Najlepiej zrobić sobie spacer brukowanymi uliczkami, pośród kolorowych budynków, które wydają się być przyklejone jeden do drugiego. Jako, że miasteczko położone jest na zboczach góry, na kolejne jego „piętra” prowadzą schodki.



- U wybrzeża jeziora przycumowane są kolorowe łódki, a mieszkańcy przesiadują na ławeczkach wpatrując się w taflę jeziora. Tutaj czas jakby się zatrzymał.



- To miejsce słynące niegdyś z przemytu – Gandria leży na granicy z Włochami. Po drugiej stronie jeziora Lugano znajduje się Szwajcarskie Muzeum Celne, zwane też Muzeum Przemytu (niestety, my byliśmy jeszcze przed sezonem, więc muzeum było nieczynne). W muzeum ponoć można dowiedzieć się wiele ciekawostek dotyczących owego przemytu, jak również podziwiać podwodną łódź, która służyła do przemycania… m.in. salami!
- Obecnie Gandria słynie z produkcji oliwy i jedwabiu. Z Gandrii do Lugano prowadzi nawet pieszy szlak o nazwie “Sentiero dell’olivo”, czyli ścieżka drzewek oliwnych.



Punkt widokowy Sasso Delle Parole
W tłumaczeniu nazwa miejsca oznacza „Kamień Słów”. Jak nam wyjaśnił napotkany po drodze starszy pan mieszkający w okolicy, w to miejsce zwykli przychodzić zakochani (choć nie tylko), by składać sobie wszelkie obietnice. Z tarasu widokowego rozciąga się przepiękna panorama na jezioro Lugano, wzdłuż którego przebiega granica szwajcarsko – włoska.



Z punktu widokowego w dół, do jeziora prowadzi trasa spacerowa. Warto tam zejść i uskutecznić spacer wzdłuż linii brzegowej. Leży tam wyjątkowo urokliwe osiedle Figino. Urzeka ono kolorami i emanuje wręcz spokojem. Co rzuciło nam się w oczy, to niesamowity ład i porządek, tak jakby tam nikt nie mieszkał! Od czasu do czasu cichutko przejechało auto, raz jakiś człowiek wyjrzał przez okno, a dwóch robotników wydawało się rozmawiać ze sobą szeptem… jakby w obawie, by nikogo nie obudzić czy nie spłoszyć. Nawet kaczka płynęła po jeziorze jakoś tak spokojnie, wręcz sennie. Powolutku szliśmy ulicą, rozkoszując się widokiem i chłonąc ten spokój. Chwilo trwaj! Cudowne miejsce.



Ścieżki przez las i nieturystyczne dzielnice
Spacerując po okolicach Lugano warto czasami po prostu pójść, gdzie oczy poniosą. Zazwyczaj dreptając ścieżką przez las dochodzi się do małego osiedla skrywającego kolorowe domki z pięknie przyozdobionymi ganeczkami, ukwiecone ogródki, precyzyjnie przystrzyżone trawniki.



Co mnie bardzo zauroczyło, to… czerwone ławki pojawiające się co kawałek na leśnych ścieżkach. Tak więc, strudzony wędrowcu – z pewnością będziesz miał gdzie usiąść i odpocząć podczas swojego spaceru 🙂



Góra Monte San Salvatore
Wznosi się na wysokość 912 m n.p.m. Na jej szczyt również można wjechać kolejką, która startuje z dzielnicy Paradiso, jednak tym razem zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę. Mało tego – stwierdziliśmy, że jesteśmy już tak wytrawnymi piechurami, że przejdziemy całą trasę z domu (gmina Agra) na szczyt góry i z powrotem na piechotę. Dawało nam to łączną trasę około 25 km.
Wyruszyliśmy wcześnie rano, ponieważ na wieczór prognozowane były opady. Chcieliśmy na spokojnie przed nimi zdążyć. Przejrzystość powietrza tego dnia była wyśmienita, co dodatkowo dodawało nam skrzydeł – nie mogliśmy już się doczekać tych oszałamiających widoków z góry!
W międzyczasie dość optymistycznie postanowiliśmy sobie skrócić szlak, oczywiście pakując się w jakieś kolczaste krzaki. Był nawet moment, kiedy wdrapywaliśmy się na górę wręcz na czworaka. Nie róbcie takich numerów. Szlak to szlak. Koniec końców wyszliśmy tam, gdzie chcieliśmy, ale z umorusanymi kolanami i ziemią pod paznokciami. Czasowo też niewiele zyskaliśmy. Ot, i tyle wyszło z naszego skrótu.
Jest też opcja dla leniuszków lub tych, którzy mają ograniczony czas. Na wysokości 615 m. n.p.m. znajduje się parking, a nawet dojeżdża autobus z Lugano. Z tego miejsca trasa na szczyt (piechotą) zajmuje już tylko około godziny.



Ze szczytu rozciąga się oszałamiający, 360-stopniowy widok na jezioro Lugano, miasto oraz Alpy. Zdjęcia nie oddają tego piękna, które po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.



Na szczycie znajduje się kilka punktów widokowych, lecz najpiękniejsza panorama roztacza się z dachu niewielkiego kościoła. Dawniej góra była celem pielgrzymek. Wierzono, że na szczycie góry odpoczywał Syn Boży przed wstąpieniem do nieba.



Napatrzywszy się na cudną panoramę, ruszyliśmy w dół. Zeszło nam na tym podziwianiu zdecydowanie dłużej niż zakładaliśmy, a wieczór zbliżał się nieubłaganie. A wraz z nim prognozowana ulewa. Jak łatwo się domyślić, koniec końców deszcz (a nawet burza) złapał nas po drodze. I to na ostatniej prostej, na ostatnim skrócie przez pola, gdzie nie było szansy, by złapać jakikolwiek pojazd. Buty z Decathlonu, które miały być nieprzemakalne, nie podołały zadaniu. Przemoczeni, zmarznięci, ale zadowoleni z siebie dotarliśmy do domu. To ostatni wieczór, jutro ruszamy do Zurychu.
Zurych
Z Lugano wyjechaliśmy dzień wcześniej, by spędzić choć jeden dzień w Zurychu. Lot powrotny mieliśmy o 7 rano, więc zarezerwowaliśmy sobie nocleg tuż przy lotnisku.
Zurych przywitał nas… śniegiem! W sumie spodziewaliśmy się ochłodzenia, ale żeby aż tak? Mimo tego, że buty po wczorajszym powrocie w burzy jeszcze nie wyschły nam do końca, zdecydowaliśmy się prosto z dworca wyruszyć na spacer po mieście. W końcu, jak to się mówi: „złego diabli nie biorą”, więc w najgorszym wypadku pokichamy trochę. Nie możemy przecież z powodu niepogody i wilgotnych butów przesiedzieć dnia w hotelu!



Zurych w śniegu zdecydowanie nie wygląda tak, jak naoglądaliśmy się wcześniej na zdjęciach, mimo to ma swój urok. To największe miasto i główny ośrodek gospodarczy kraju. Szwajcarski ład i porządek da się zauważyć na każdym kroku. Żałowaliśmy, że pogoda nie zachęca, by usiąść sobie przy zewnętrznym stoliku jednej z licznych kawiarenek i wypić jedno z droższych piw w życiu. Czytaliśmy, że mieszkańcy tego miasta lubią przesiadywać w knajpkach i łapać chwilę wytchnienia podczas zazwyczaj zabieganych dni. W dniu naszego pobytu stoliki niestety świeciły pustkami. Mimo to, spacer po Starym Mieście był przyjemny.



Stare Miasto usytuowane jest po obu brzegach rzeki Limmat. Można krążyć po nim, gubiąc się w wąskich uliczkach i za każdym zakrętem odkrywać coś nowego. Większość uliczek zamkniętych jest dla ruchu samochodowego, co czyni ów spacer jeszcze bardziej przyjemnym. Niewątpliwym atutem jest odległość Starówki od dworca głównego – to zaledwie kilka przecznic do przejścia.
Mnie bardzo urzekł widok na Fraumünster – XII-wieczny kościół ze strzelistą wieżą zegarową i niebieską iglicą. Widok na zacumowane łodzie roztaczający się z jednego z licznych mostów z pewnością skłoniłby nas do odpoczynku, jednak pogoda ostudziła nasz zapał do przesiadywania nad brzegiem rzeki. Jeszcze rzut oka na witryny okienne, za którymi dumnie eksponowały się dzieła najdroższych projektantów i udaliśmy się w kierunku dworca.



Z dworca głównego do lotniska jedzie się około 10 minut. Pociągi odjeżdżają co chwilę, a bilet można kupić w automacie. Nocleg mieliśmy w odległości 15 minut spacerem od lotniska. Z czystym sercem polecamy obiekt Swiss Star Zurich Airport. Czyściutko, automatyczne zameldowanie i wymeldowanie, w pobliżu kilka sklepów, gdzie można z powodzeniem zaopatrzyć się w winko na wieczór i coś do przegryzienia. Bardzo, bardzo dobry stosunek jakości do ceny, szczególnie jak na szwajcarskie warunki.



Na tym skończyła się nasza szwajcarska przygoda. Zurych tylko „liznęliśmy”, więc pewnie jeszcze tu wrócimy. Lugano – pokochaliśmy całym sercem i gorąco polecamy!
Na koniec jeszcze temat niezwykle życiowy, czyli… czy faktycznie Szwajcaria jest droga?
Ceny w Szwajcarii
Jest drogo, nie można zaprzeczyć. Oczywiście, da się zaoszczędzić franka tu czy tam, ale trzeba się liczyć z wydaniem podczas urlopu nieco większej gotówki niż np. w Hiszpanii czy Włoszech. To, ile wydamy, zależy w dużej mierze od nas samych. Można omijać szerokim łukiem restauracje czy wyszukiwać tańsze markety spożywcze. Nie da się jednak odmówić sobie… spróbowania prawdziwej szwajcarskiej czekolady! A to wydatek rzędu 69 franków/ kg. Kupiliśmy tylko na spróbowanie, no i przyznam, że pyszniejszej nigdy w życiu nie jadłam!



Za mięsne plasterki do chleba (paczkowane) zapłacimy średnio 3-5 franków, co daje nam cenę takich specjałów w granicach 15-20 franków za kg salami czy 50-70 franków za szynki, pancettę czy speck. Za sery zapłacimy około 30 franków za kg. Gdyby przyszło Wam do głowy coś smażyć czy piec, to za kg wołowiny zapłacicie od 40 do nawet 90 franków. Świnka jest tańsza: 20-40 franków za kg. Za to dwa kurczaki w promocji udało się wypatrzyć za 14 franków!



Oczywiście, są produkty ważne i ważniejsze, czyli… piwo. Szwajcarzy mają całkiem dobre piwo, które można nabyć w granicach 1,5-3 franki za puszkę 500 ml. Pozostałe alkohole, czyli wina, whisky – również w cenach akceptowalnych. Piwo w restauracji to wydatek 6-7 franków za kufel 500 ml.



Oczywiście, w ostateczności z pomocą przychodzi… Lidl. A tutaj ceny całkiem przyzwoite. Poniżej przykładowe zdjęcia produktów z Lidla.






Jak widzicie, można taniej, można drożej. Najtaniej nie będzie, ale nie trzeba rezygnować z podróży do Szwajcarii w obawie o swój portfel. Na pewno warto odłożyć kilka groszy i wybrać się w tej jeden z ładniejszych (moim zdaniem) regionów Europy.
Dzień dobry, dzięki za fajny wpis. I pożyteczne rady! O jakiej porze roku tam byliście? Śnieg trochę przestraszył…
Pozdrawiam
Dzień dobry! Byliśmy na przełomie marca i kwietnia.